Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5335 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-10-08, 13:26 Moon
Moon
reż. Duncan Jones (UK 2009)
Sam jest inżynierem i właśnie dobiega końca jego trzyletnia samotna praca przy nadzorowaniu wydobycia na Księżycu paliwa używanego na Ziemi. Miał kontakt z żoną i córką tylko przez wideotelefon, i aż zbyt wiele czasu, by snuć refleksje na temat przeszłości. Dzień powrotu do domu się zbliża, a tymczasem sprawy w odizolowanym świecie Sama zaczynają przybierać bardzo zaskakujący obrót… Niepokojący, skłaniający do przemyśleń, intymny i wnikliwy utwór o pamięci i tożsamości, ale także oryginalny film z gatunku science fiction, ze znakomitym Samem Rockwellem w roli głównej. [opis WFF]
Nie ukrywam, że mam chrapkę na ten film już od dawna. Zapowiedzi i pierwsze głosy z UK wyglądają bardzo obiecująco. Film niestety (z nie do końca znanych mi powodów) nie jest wyświetlany w polskich kinach. Z małym wyjątkiem - będą trzy projekcje w trakcie Warszawskiego Festiwalu Filmowego (12, 14, 18 października). Ja już dorwałem bilety na poniedziałek i się cieszę ale wiem, że ludziom spoza Warszawy będzie ciężko to obejrzeć (przynajmniej póki co bo pewnie jak tylko film wyjdzie na DVD sprawa dostępu znacznie się uprości). Obiecuję zaraz po powrocie z kina zdać rzetelną reakcję. Mam nadzieje, że się nie zawiodę aczkolwiek po kilku rozczarowaniach ostatnich lat zachowuję zdrowy dystans. Jak będzie - zobaczymy.
_________________ tell me what you don't like about yourself
Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5335 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-10-12, 21:09
Właśnie wróciłem z kina. Coś niesamowitego. Nie wierzyłem, że dziś można jeszcze nakręcić taki film w ramach gatunku S/F. Jestem pod kolosalnym ważnieniem. Oldschoolowe sci-fi na najwyższym poziomie. Później jak znajdę chwilę to napiszę coś więcej. Naprawdę coś pięknego. Nie spodziewałem się. Ciary i brawa.
10/10 (bez cienia przesady)!
_________________ tell me what you don't like about yourself
Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5335 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-10-13, 02:13
Moon (2009) - recenzja
No dobra, zabieram się za pisanie tej recenzji, a właściwie hołdu poświęconego temu niesamowicie klimatycznemu filmowi. No ale po kolei. Na warszawskim festiwalu filmowym zjawiłem się odpowiednio wcześniej. Bilety miałem zakupione ponad tydzień temu ale, że miejsca są tradycyjnie nienumerowane to wolałem nie ryzykować siedzenia w rogu sali i swoje musiałem odstać. Jak się później okazało - opłaciło się. Projekcja obyła się w gigantycznej sali premierowej warszawskiego Multikina Złote Tarasy. Udało mi się wejść jako jednej z pierwszych osób (a trzeba zaznaczyć, że przed tzw. bramką ustawił się niemały tłum). Jeszcze przy sprawdzaniu biletu spytałem jakby od niechcenia czy można siadać w sekcji VIP? Okazało się, że można. Tym oto sposobem zostałem na czas seansu VIPem z jedną z najlepszych miejscówek na sali. Nie było mowy o zasłanianiu przez kogokolwiek, a przepastny, skórzany fotel oraz genialnie wyposażona od strony technicznej sala nr 1 zapewniały komfort odbioru na najwyższym poziomie. No tak - pomyślałem sobie - jest zbyt pięknie. Pewnie film się okaże zwyczajnie słaby i czar pryśnie. Nic bardziej mylnego. Weszła festiwalowa pani, zapowiedziała, że zaraz zostanie wyświetlony film Moon w ramach festiwalowej kategorii "mistrzowskie dotknięcie". Zaczyna się seans, światła gasną, zero reklam (tylko komunikat z prośbą o wyłączenie komórek) i lecimy.
Uwaga! Poniżej trafiają się drobniutkie spoilery ale starałem się pisać tak aby absolutnie nie psuć odbioru filmu tym, którzy go jeszcze nie widzieli. [ost. edit 18 X 2009]
Film już od pierwszych scen przykuwa uwagę. W księżycu jest jednak jakaś magia. Od wieków nas fascynował, od wieków spoglądamy w jego stronę z uczuciem zaciekawienia i podziwu. Wiemy, że chowa przed nami jakąś tajemnicę. Niby jest na wyciągnięcie ręki, niby taki oswojony ale jednak ma w sobie coś z majestatu niezbadanego ludzką stopą, arktycznego pustkowia. I widać, że reżyser to czuje. Widać to, w każdym potraktowanym z pietyzmem kadrze ze srebrnym globem w tle. Obraz zaczyna się od wprowadzenia (na tyle długiego aby naświetlić kontekst i na tyle krótkiego by nie znużyć). Potem widzimy księżycową bazę i piękne lunarne krajobrazy. Wnętrze owej bazy jest raczej oldschoolowe. Właściwie z jednej strony jest nowoczesne i sterylne, a z drugiej jakby takie lekko napoczęte i zużyte. Widać, że ktoś tu mieszka, korzysta z urządzeń, zostawia sobie bałagan, itd. Brawo! Ta sama uwaga dotyczy genialnej postaci inteligentnego, bazowego robota. Na dobrą sprawę mógł to być przecież jakiś androidalny, encyklopedyczny geniusz z ludzką powłoką. Zamiast tego mamy pociesznego GERTY (któremu to głos podkłada Kevin Spacey). Kawał poczciwego ale jednocześnie chłodnego żelastwa z "duszą". Widać też, że jest mocno wyeksploatowany. Porysowany, przybrudzony, z fiszkami przyklejonymi tu i ówdzie. Z wyglądu przypomina coś na kształt pokładowego kombajnu, z panelem głosowym i małym, plazmowym ekranem z emotami w stylu popularnego internetowego komunikatora. Kupujemy tego robota bez dwóch zdań. Jest taki jak powinien być. Ani wydumany, ani przesadnie poczciwy. Jest po prostu wiarygodny (ta uwaga zresztą dotyczy większości filmowych dekoracji). Właściwie jego głos mocno kojarzył mi się z głosem z kultowej Sid Meier's Alpha Centauri (miły, beznamiętny, bez jakichkolwiek emocji). Do tego Sam Rockwell grający główną postać. No tutaj już mamy prawdziwy popis. Właściwie od strony formalnej (bo nie czuje się tego w trakcie oglądania) jest to film jednego aktora i z tej roli Rockwell wywiązał się wyśmienicie. Jego kreacja to taka troszkę rola księżycowego "latarnika" pełniącego swoją służbę gdzieś tam, na końcu świata. Pojawiają się też pomniejsze epizody w wykonaniu innych aktorów ale należy je zaliczyć do rólek raczej trzecio (jeśli nie czwarto) planowych.
W ogóle cały ten majestatyczny klimat księżyca, widzianego z perspektywy lunarnej ciężarówki jadącej za potężnym górniczym kombajnem potrafi pochłonąć widza zupełnie. Scena, w której Sam jedzie aż do granic czarnego horyzontu by zbadać pewną tajemnice i patrzy w stronę nieba jest po prostu magiczna. Co ważne tych scen jest więcej. Znacznie więcej. Film z biegiem fabuły naprawdę wciąga, a momentami nawet wzrusza i powoduje przysłowiowe ciary. Tych, którym wydaje się, że będę mieli do czynienia z sennym, kosmicznym monodramem może zaskoczyć, że momentami dostają całkiem solidny fantastyczno naukowy thriller. Już dawno nie było czegoś takiego na kinowych ekranach. Jak się tak głębiej zastanowić to bardzo, bardzo dawno. Po prostu moc w pięknym, oldschoolowym wydaniu. Jeżeli lubicie klimaty w stylu Space Odyssey, Blade Runner, Outland, The Abyss, etc., jeżeli nie reagujecie alergicznie na takie nazwiska jak Kubrick, Tarkowski czy Szulkin, to mogę zaryzykować stwierdzenie, że jest to obraz na jaki długo czekaliście. Trochę filozoficzny, mocno oldschoolowy, taka magiczna podróż w jakieś przykurzone, fantastyczno naukowe obszary. Mógłbym wygłosić znacznie więcej tych peanów pod adresem tego tytułu ale nie chcę psuć zabawy tym, którzy jeszcze Moon nie widzieli. Film oczywiście (jak zdecydowana większość obrazów w ramach tego gatunku) posiada pomniejsze wady, do których na siłę można by się nawet przyczepić ale to doprawdy detale zupełnie nie psujące odbioru.
Brawa i jeszcze raz brawa. Mam szczerą nadzieję, że to nie jest ostatni obraz z zakresu sci-fi nakręcony przez Duncana Jonesa bo widać, że ów reżyser ma ogromny potencjał na robienie słusznego S/F rodem ze starej, kubrickowej szkoły (w dobie blockbusterowego szaleństwa rzecz zupełnie wyjątkowa). Zapraszam wszystkich na podróż na ciemną stronę srebrnego globu. Trochę filozoficzną, trochę retrospektywną, z pewnością zaspokajającą głód wielu widzów na dobre, oldschoolowe sci-fi. Moim zdaniem jak najbardziej warto!
10/10 - polecam!
btw
Napisy zastosowane w festiwalowej kopii (tłoczone) sugerują, że film może być niebawem puszczony do normalnej dystrybucji bo przeważnie takich rzeczy nie robi się z myślą o kilku pokazach. No ale jak będzie - zobaczymy. Moim (i nie tylko moim) zdaniem Moon w normalnej, szerokiej dystrybucji obroniłby się bez problemu.
_________________ tell me what you don't like about yourself
Nawet nie wiesz jak ci zazdroszczę Mam nadzieje że film trafi do szerszej dystrybucji, chociaż mam pewne wątpliwości nasz Polski rynek raczej woli babrać się w komedyjkach i filmach o tańcu... :/. Co jak co R5 na necie jest po Hiszpańsku licze na jakieś wydanie DVD na naszym rynku.
_________________ Are you gonna bark all day, little doggie, or are you gonna bite?
Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5335 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-10-13, 20:53
Cziken napisał/a:
Co jak co R5 na necie jest po Hiszpańsku
Nie warto tego oglądać w gównianej wersji. Za dobry film moim zdaniem. Nie ma co sobie psuć seansu. Pewne, poważne przesłanki co do tego, że jednak będzie to u nas w kinach są, więc nie załamywałbym się za bardzo. Można też poczekać aż wyjdzie to na DVD. Gdzieś na stronie WFF jest plebiscyt. Gdyby Moon zdobył wyróżnienie to dystrybucja w PL by ruszyła z kopyta (i niewykluczone, że tak właśnie się stanie). Radzę poczekać do zakończenia Warszawskiego Festiwalu Filmowego bo wówczas wiele rzeczy może się w tej kwestii rozjaśnić.
_________________ tell me what you don't like about yourself
btw Pamiętam jak się pytałeś o vipowski fotel w złotych BM - też byłem jedną z pierwszych osób przed wejściem. Ja zrezygnowałem z miejsca na antresoli. Wydawało mi się że jednak za daleko od ekranu będę siedział i przeszedłem kilka rzędów niżej. :]
_________________ Steve: I don't know why someone hasn't taken a rifle and blown your head off.
The Motorcycle Boy: Even the most primitive of societies have an innate respect for the insane.
Ostatnio zmieniony przez BM 2009-10-14, 13:48, w całości zmieniany 2 razy
Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5335 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-10-14, 13:38
dziarski napisał/a:
Ja zrezygnowałem z miejsca na antresoli. Wydawało mi się że jednak za daleko od ekranu będę siedział i przeszedłem kilka rzędów niżej. :]
To nie jest antresola. To są po prostu najwyższe miejsca na sali oddzielone pustą przestrzenią od części dolnej. Już tam kiedyś siedziałem na jakimś seansie (ale nie w ramach festiwalu - dlatego pytałem kolesia przed wejściem czy można bo czasem jak jest premiera to faktycznie siedzą tam jacyś prominenci). Zaleta siedzenia w pierwszym rzędzie tej sekcji jest taka, że przed sobą masz tylko blat lady, na której się możesz wręcz położyć i pustą przestrzeń, a dopiero stopień niżej normalny rząd krzeseł. Powoduje to, że przed Tobą musiałby chyba siedzieć trzymetrowy człowiek aby w jakikolwiek sposób zasłaniać. Do tego fotele są znacznie wygodniejsze i jest ich mniej w rzędzie (więcej miejsca na pojedynczego widza). Też kiedyś się zastanawiałem czy to nie za daleko ekranu ale po kilku projekcjach, które widziałem z tych miejsc stwierdzam, że to najbardziej wypasione miejsca w premierowej sali ZT (mówię tu o pierwszym rzędzie tej sławetnej sekcji jak jest wyżej - nie wiem). Zresztą dla VIPów nie robiliby przecież miejsc, z których gorzej czy źle widać.
A co do Twojej recenzji:
Cytat:
Niektórzy recenzenci wypominali reżyserowi zbytnią teatralizację filmu. Moim zdaniem to zaleta a nie wada.
Olać tych recenzentów.
Cytat:
Reżyser w jednym z wywiadów podkreślał, że pokazanie typowo ludzkich zachowań jest o wiele efektywniejsze w odseparowanych niekonwencjonalnych warunkach… hmm kosmiczne „zadupie” jest wręcz do tego stworzone.
Otóż to.
Cytat:
A debiutant Duncan Jones już pracuje nad kolejnym projektem klimatem nawiązującym do Blade Runnera (kamień milowy s/f): “…another science fiction film, called Mute, which takes place in a future Berlin. It’s a Blade Runner-inspired piece, a little love letter to that film.”
Czekam z utęsknieniem.
edit
filmweb napisał/a:
W jednym z ostatnich wywiadów Duncan Jones, autor pokazywanego na Warszawskim Festiwalu Filmowym "Moon", wyznał, że ma problemy z zebraniem pieniędzy na kolejną produkcję "Mute". Reżyser jednak pozostaje dobrej myśli i twierdzi, że zacznie się bać, kiedy produkcja będzie szła do przodu bez żadnych problemów po drodze.
Jak informowaliśmy już na stronach Filmwebu akcja "Mute" rozgrywa się w Berlinie przyszłości. Głównym bohaterem jest niemowa i barman w jednej osobie, który wyrusza na poszukiwania swojej zaginionej dziewczyny. Film ma charakteryzować się podobną atmosferą co "Łowca androidów" Ridleya Scotta.
Jones na realizację "Mute" potrzebuje mniej więcej 25 milionów dolarów, czyli pięciokrotnie więcej niż wydał na produkcję "Moon".
Pozostaje tylko mieć nadzieję, że projekt jednak dojdzie do skutku.
_________________ tell me what you don't like about yourself
Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5335 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-10-14, 15:12
Na stopklatce znalazłem też świeżą i bardzo trafną recenzję.
stopklatka.pl napisał/a:
"Moon" - wielki powrót klasycznego science fiction!
"Moon" Duncana Jonesa(syn Davida Bowiego) był jednym z najbardziej oczekiwanych filmów 25. Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Po płynących zewsząd zachwytach, oczekiwania względem filmu wzrosły do niebagatelnych rozmiarów. Chwilę po zapaleniu się świateł kończących projekcję na sali film dostał burzę oklasków, ale już kilka sekund wcześniej, w tym króciutkim momencie pomiędzy finałowym ściemnieniem a pojawieniem się okraszonych muzykąClinta Mansella napisów końcowych, można było z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że oto powstało coś zaiste niezwykłego.
W przeciwieństwie do innego tegorocznego filmu, który przywraca wiarę w przyszłość gatunku - "Dystryktu 9" Neilla Blomkampa, "Moon" pochodzi z klasycznego nurtu kina s-f. Tego spod znaku Kubricka i Tarkowskiego, przepełnionego intelektualną rozrywką i filozoficznym zacięciem. Wiele w nim zresztą nawiązań do kanonicznych dzieł obu mistrzów. Jak i innych klasycznych pozycji filmowej fantastyki naukowej. Nie ma natomiast prawie akcji. To znaczy takiej, o jakiej się myśli słysząc to słowo. "Moon" ogląda się niczym najlepszy thriller, lecz napięcie budowane jest tak, jak u Hitchcocka - obrazem i słowem, w tej kolejności. Tak jak ci najwięksi twórcy czasów minionych, Jones (debiutant!) buduje swój film na klimacie oraz mocnej, kuloodpornej fabule.
Jeśli spojrzeć z perspektywy opowiadanej historii, to nie ma się co dziwić. To tak naprawdę teatr jednego aktora, tak dosłownie, jak i w przenośni. Sam Bell (życiowa rolaSama Rockwella !) nieustannie wypełnia ekran, jest w końcu jedynym człowiekiem na Księżycu. Musi sobie jakoś radzić z otępiającą zmysły samotnością - utrzymuje kondycję w mini-siłowni, zajmuje się malowaniem małych ludzików, którymi zapełnia tworzoną makietę, ogląda nagrania jakichś starych filmów. Narracyjnie film Jonesa jest kosmiczną wersją"Cast Away. Poza światem".
Jednak w sferze fabularnej "Moon" jest kinem science fiction w najczystszej postaci. Utkany z kanonicznych motywów gatunku, obraz łączy twardą fantastykę naukową ze współczesnymi zagadnieniami. Jednocześnie Jonesa nie można oskarżyć o kopiowanie czy plagiat, bowiem z zapożyczonych ikon i symboli tworzy własną jakość. Linia narracyjna, choć wydawałoby się, że stosunkowo prosta, angażuje szare komórki od pierwszej do ostatniej minuty, do samego końca nie dając okazji do wytchnienia. Czy przebywający niemal trzy lata na Księżycu Sam przejawia pierwsze objawy choroby psychicznej? Czy dopadło go rozdwojenie jaźni? Czy może rzeczywiście spotyka własnego klona? Czy ogarniająca go paranoja może mieć jakieś podstawy w rzeczywistości? Te podstawowe pytania wiodą do następnych, a te do następnych. Choć nie oferują łatwych odpowiedzi, w szczególności te bardziej filozoficzne, to nie tworzą żadnych narracyjnych zawijasów. Pomimo całego ciężaru gatunkowego "Moon" oferuje niezwykle logiczną fabułę i można go odbierać na kilku różnych poziomach.
Tym, co w "Moon" również pobudza intelekt, jest drobiazgowe podejście do szczegółów, czyli coś, na czym wielu współczesnych twórców poległo. U Jonesa czuć brak ziemskiej grawitacji; sztuczna inteligencja nie wymądrza się, operując cały czas tym samym opanowanym ludzkim głosem z mechanicznymi naleciałościami; nie ma rozmów na żywo, kontakt z ojczystą planetą odbywa się za pomocą wysyłania nagranych wcześniej wiadomości. Uleganie łatwym przyzwyczajeniom wyniesionym z typowo multipleksowej narracji na pewno nie pomoże widzowi. "Moon" przerabia ikoniczne elementy gatunku - scenografie Gigera zObcego - ósmy pasażera Nostromo", sztuczną inteligencję z "2001: Odysei kosmicznej" czy flagową postać "Łowcy androidów" - w taki sposób, iż nie ujmując danemu symbolowi, pogłębia zakres jego znaczeń.
Fantastyka naukowa zawsze w jakiś sposób odzwierciedlała czasy, w których była tworzona. Nie inaczej jest w "Moon", w którym pada wiele pytań o tożsamość i istotę człowieczeństwa. Idąc śladami "Łowcy androidów", Jones powiela wewnętrzne konflikty Deckarda i Roya Batty, przenosząc je z gruntu cyberpunkowego noir na bezkresne obszary księżycowej pustyni. Spięcie filmowych wydarzeń klamrą motywu wielkiej korporacji nie jest tu jedynie kolejnym czysto gatunkowym motywem, a sygnałem do odbioru filmu poprzez postać współczesnego człowieka. W post-nowoczesnym, coraz bardziej technokratycznym świecie obdartego przecież z trwałej tożsamości. Poprzez Bella Jones drąży również tematykę moralnych granic nauki oraz podejmuje zasadniczą, bardzo dawno nie rozważaną kwestię - kim jest istota ludzka?
W momencie, kiedy "2001: Odyseja kosmiczna" wchodziła na ekrany kin, ludzie woleli "Planetę małp". W 1982 "E.T." zaczynało swój marsz po miano jednego z najbardziej kasowych filmów wszech czasów, a w jego cieniu przemykał niemal niepostrzeżenie "Łowca androidów". Faktem jest, że "Dystrykt 9" już zmienił kino s-f najbliższych lat, natomiast "Moon" ma za kilka lat szansę zyskać status kolejnego arcydzieła gatunku.
Trafna, bo pozytywna? bo ci pasuje? takie odnoszę wrażenie :]
Filmu nie widziałam jeszcze, ale obejrzę z pewnością.
Poza tym tak jak w innych gatunkach, tak i w sf są różne podgatunki i nie należy porównywać ze sobą sf pełnego akcji i kosmicznych robali z dywagacjami neurotyka na temat swojego życia. I tak jedni wybiorą 2001: Odyseję kosmiczną, a drudzy Aliens - jedni i drudzy zwyciężyli oglądając dobre filmy i nie widzę jak na razie sensu mieszania z błotem Dystryktu, który jest po prostu popularniejszy..
I łatwo można zauważyć, że większość tzw znawców kina psioczy na wszystko co popularne :>
Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5335 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-10-14, 17:27
diana6echo napisał/a:
Trafna, bo pozytywna? bo ci pasuje? takie odnoszę wrażenie :]
Tak, bardzo mi pasuje. To źle? A dlaczego jest w mojej opinii trafna? Bo moim zdaniem bardzo rzeczowo analizuje to co widziałem wczoraj na dużym ekranie.
diana6echo napisał/a:
nie należy porównywać ze sobą sf pełnego akcji i kosmicznych robali z dywagacjami neurotyka na temat swojego życia
Zacznijmy może od tego, że filmu Moon jeszcze nie widziałaś, zatem jakakolwiek polemika czy ferowanie grubszych opinii traci w tym wypadku sens. Pomijam już kategoryczny ton w stylu "należy, nie należy" bo to zwyczajnie śmieszne. A Moon wcale nie jest taki spokojny czy senny jakby się mogło pozornie wydawać.
diana6echo napisał/a:
I tak jedni wybiorą 2001: Odyseję kosmiczną, a drudzy Aliens
A czemuż to nie można wybrać obu? Przecież obydwa te filmy są świetne.
diana6echo napisał/a:
I łatwo można zauważyć, że większość tzw znawców kina psioczy na wszystko co popularne :>
Osobiście mam to w głębokim poważaniu. I często tzw. rozdmuchane, komercyjne sci-fi potrafię ocenić wyżej niż wielu malkontentów. I nic do tego nie ma D9, który mi się zwyczajnie nie podobał. No sorry ale tak było, a naprawdę dałem temu filmowi szansę. Być może faktycznie to nie moja półka. Choć podążając tym tokiem rozumowania Alien i Predator też nie powinny mi się podobać. Zaraz, zaraz - coś jednak różni te filmy. I to bardzo. Szczerze mówiąc to nie chce mi się już tego (po raz enty roztrząsać).
diana6echo napisał/a:
i nie widzę jak na razie sensu mieszania z błotem Dystryktu, który jest po prostu popularniejszy
Ja także nie widzę sensu mieszania go z błotem. Nie widzę także sensu wynoszenia go pod niebiosa bo w mojej prywatnej opinii na to nie zasługuje (no ale do dyskusji o D9 został tu założony osobny wątek więc proponuję w tym miejscu zakończyć offtopa na temat D9 i ew. dalszą dyskusję na ten temat prowadzić właśnie tam).
_________________ tell me what you don't like about yourself
BM - cytuj dokładniej, przecież napisałam, że oba filmy są świetne. Poza tym opisałam Moon po przeczytaniu opisów, więc z grubsza właśnie taki a nie inny obraz się maluje..
Następnym razem powstawiam co drugie słowo emotkę, to może ludzie przestaną widzieć w moich postach ataki na ich bastylie :P
Enyłej, osoba Rockwella w tym filmie jest dla mnie wystarczającą rekomendacją, ale obrazek psuje mi niejaki Spacey.. łi łil sii
To nie jest antresola. To są po prostu najwyższe miejsca na sali oddzielone pustą przestrzenią od części dolnej.
Masz rację (ja się pomyliłem) za PWN:
antresola ż I, DCMs. ˜li; lm D. ˜li (˜ol)
«niskie pomieszczenie mieszkalne lub użytkowe wydzielone z górnej części kondygnacji, najczęściej parteru»
Pokój z antresolą.
Mieszkać na antresoli.
A co do Moon na filmasterze znajdziesz dosyć sceptyczną recenzję filmu Duncana Jonesa:
_________________ Steve: I don't know why someone hasn't taken a rifle and blown your head off.
The Motorcycle Boy: Even the most primitive of societies have an innate respect for the insane.
Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5335 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-10-18, 14:36
Pan Zdzisław napisał/a:
Telesync to nie R5.
Wiem ale przeważnie w sieci krążą R5 ze ścieżką dźwiękową zapożyczoną z kina - co daje taką półkinówkę w sumie. Jak dla mnie znacznie obniża to jakość odbioru.
Zresztą nie ma co się rzucać na byle co bo w ciągu kilku tygodni ma się ukazać oficjalne DVD, a nawet szeroka premiera w polskich kinach też już ponoć za pasem.
btw
poszedł solidny edit recki
_________________ tell me what you don't like about yourself
Wiek: 39 Dołączył: 13 Paź 2009 Posty: 25 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-10-26, 20:04
Film ciekawy w stylu, który lubię choć trochę stonowany. Oceniam go na mocną czwórkę ale już nie 4+. Scenariusz "prawdziwy", rzeczywisty - mocno uprawdopodobniony. Dlaczego nie 4+? Bo nie trzymał mnie w zbyt wysokim napięciu, za mało dramaturgii i tajemniczości, akcja jest zbyt przewidywalna - niestety nie zaskakuje. Film jednak daje do myślenia, szczególnie gdybym miał się wcielić w rolę Sama... bardzo niemiła perspektywa.
Spoiler:
Jest też wątek komputera GERTY, który okazuje się mieć w sobie więcej człowieczeństwa niż z definicji bezduszna korporacja... Tutaj jednak zgrzyta moment przejścia GERTY'iego na stronę Sama... (zdrady korporacji) Niby z jakiej racji jest to w ogóle możliwe - maszyna od początku zachowywała się bezdusznie, a nagle czuje litość?
Film zdecydowanie warto zobaczyć, ale drugi raz już do niego nie wrócę.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach