No dobra, jak wytłumaczysz końcówkę? Nic specyficznego (wyjątkowego)? Większość filmów wojennych stawia jednak na heroizację poczynań żołnierzy. Na pewne ideologiczne parcie do przodu (mało to filmów ukazujących Amerykanów jako wojowników o pokój na świecie?) i większość kończy się happy endem. Tu nie chodzi o "jednostkowe" czy "całościowe" spojrzenie na wojnę. Bo całościowo patrzy historia, a jednostkowo - uczestnik wydarzeń, martwiący się o własną, za przeproszeniem, dupę (W filmie to jednak rzadkość - "Czas apokalipsy"? nawet w "Szeregowcu Ryanie" jednostka nie jest wbrew pozorom tak ważna jak ogół). Próbujesz przenieść wizję artystyczną Petersena na rzeczywistość - i to jest błąd.
Cytat:
to, że gdzieś tam jakaś poczciwina się zabłąkała guzik kogo - z perspektywy czasu - obchodzi
czy może być lepsze potwierdzenie tego, że "Das Boot" jest na wskroś przesiąknięty odrazą do wojny? (Pewnie miałeś na myśli pisząc te słowa "Szeregowca Ryana", ale przecież tytułowy okręt też się "zabłąkał") Co z tego, że historię piszą zwycięzcy? W filmie ważniejszy jest ten, kto napisał scenariusz Dla mnie równie dobrze głównym bohaterem mogłaby być polska husaria, amerykańska piechota, czy wojownicy z plemion afrykańskich. To tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Nie da się ukryć jednak, że U-boot łączy w sobie całą specyfikę wojennego koszmaru.
_________________ Fenicjanin Flebas martwy od dwu niedziel
Zapomniał krzyku mew i morza przypływów.
Zysków i strat. Głębinowy prąd. Obgryzał jego kości szepcząc.
Niestety takie rozdrabnianie się uważam za zbędne.
A i z tym
Flebas napisał/a:
Większość filmów wojennych stawia jednak na heroizację poczynań żołnierzy. Na pewne ideologiczne parcie do przodu (mało to filmów ukazujących Amerykanów jako wojowników o pokój na świecie?) i większość kończy się happy endem.
przyjdzie mi się nie zgodzić... bo są i takie które nie operują takimi schematami (pierwsza z brzegu 9 kompania z nowszych, Walc z Baszirem, Persepolis (wojna domowa), nawet Hotel Rwanda i inne bardziej oczywiste tytuły).
Ja naprawdę nie wydaję swojej opinii w oparciu o dwa filmy , ale bene każdy ma prawo do swojego zdania; może inni się z Tobą zgodzą.
a i
x: "przepraszam, myślałem, że jest Pan kobietą..."
y: "Jestem kobietą!"
...
Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5240 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2010-10-18, 04:18
Flebas napisał/a:
Szczerze mówiąc zdziwiłem się. Zwracacie uwagę na klaustrofobiczny klimat filmu, na "chamską końcówkę" (moim zdaniem idealną i jedyną możliwą, ale o tym za chwilę), na świetna muzykę, i na kreacje głównych postaci (kapitan mający w dupie Hitlera) a nikt nie zwrócił uwagi na oczywistość, która narzuca odbiór filmu. Jest to bowiem doskonały manifest pacyfistyczny. Nigdzie chyba (może poza filmem "Johnny poszedł na wojnę") nie została tak dobitnie pokazana bezsensowność wojny, a co za tym idzie - śmierci żołnierze podczas jej trwania. Scena z płonącym statkiem - U-boot, który bez rozkazów błąka się po morzu i w końcu idzie na dno - i wreszcie genialna końcówka. To wszystko przecież uwydatnia antywojenne przesłanie filmu. Przypomnijmy sobie scenę spotkania jakichś szych (nie pamiętam, czy byli to generałowie, czy ktoś inny) z załogą U-boota. Trudno o bardziej dobitny kontrast tzw. "dowództwa" z tzw. "mięsem armatnim", zdegradowanym w sumie do rangi zwierząt. Pamiętamy przecież początkową scenę filmu, prawda? Nie jest to po prostu klaustrofobiczny film o załodze łodzi podwodnej. To przede wszystkim film o bezsensie działań wojennych. Jedno z nielicznych, wyzutych z pompatyczności dzieł, o tej tematyce. Arcydzieło. Film życia W. Petersena.
Pełna zgoda.
Flebas napisał/a:
Zgadza się - większość filmów wojennych ma wymowę pacyfistyczną, ale chodziło mi o to, ze "Das Boot" jest antywojenny z założenia, a nie - przy okazji - opierając się na kiepskiej jakości psychologizowaniu i banalizowaniu. Sama fabuła ma za zadanie ukazać absurdalność tego, czego wymaga się od żołnierzy. Przecież w tym filmie nic nie ma sensu, każde działanie opiera się na założeniu "a może się uda", przy czym to "może" to prawdopodobieństwo rzędu 10%. Podobnie jest z wojną. W "Das Boot" mamy do czynienia nie z walką indywidualności, ale z pewnym uniwersalnym spojrzeniem na temat wojny, na ujęcie jej z perspektywy zwykłego żołnierza, zupełnie nieheroicznej. Pamiętajmy, że film to nie rzeczywistość. Ten U-boot, to nie "jakiś tam U-boot", zagubiony na morzu - to symbol całej rzeszy żołnierzy walczącej w imię czegoś, w co nie wierzą. Nie tylko załóg łodzi podwodnych. Jak tu z nimi nie sympatyzować?
Dokładnie tak. Pamiętajmy też gdzie, kiedy i na jakiej fali ten film powstał. Jego postrzeganie jest nierozerwalnie związane z jego kulturowo-czasowym rodowodem. Z drugiej strony były to też czasy, w których w inny sposób wojny z perspektywy nazistów pokazać nie było można (tzn. bez narażenia się na ogólnospołeczny i środowiskowy ostracyzm). Właściwie większą odwagą reżyser by się wykazał robiąc film w stylu "wojenna przygoda morskich wilków z kriegsmarine". Jako, że nie mógł wówczas czegoś takiego zrobić (z przyczyn wcześniej wymienionych), to zrobił antywojenny manifest, który przy okazji był ponurą... wojenną przygodą morskich wilków z kriegsmarine. Innymi słowy ubrał wojenny film z zakazanymi bohaterami w roli głównej, w rozgrzeszające antywojenne szaty. Zabieg iście genialny - wilk syty i owca cała, a reszta stoi w podziwie lub osłupieniu (mimo, że wszyscy mają poczucie, że ocieramy się mocno o mroczne nazistowskie tabu). Zakonspirowane dziadki pamiętające czasy wujka Adolfa się powzruszały, dupowaci socjaliści z zadumą pokręcili głowami, a młodsze pokolenie wreszcie bez wstydu mogło obejrzeć film z czasów wojny, w którym Niemcy nie byli ludożercami sadystycznie wijącymi się w oparach swej ideologii śmierci. Od "Das Boot" do "Der Untergang" jednak cała epoka (albo i dwie epoki). Ten film był jednak pierwszą dużą cegiełką w kierunku odczarowywania stygmatu pokonanych. Dekadę czy dwie wcześniej żaden Niemiec nie odważyłby się czegoś takiego nakręcić. Ostatecznie ci marynarze z "Das Boot" to byli przecież metodyczni naziści w służbie III Rzeszy. Natomiast wydźwięk filmu jest taki, że to po prostu ludzie. Tacy jak my dzisiaj, tacy jak Rosjanie czy Amerykanie wówczas. Generalnie reżyser stąpał po cienkim lodzie i perfekcyjnie udało mu się tego pirueta wykręcić. Ten film to także swoisty krzyk rozgoryczonego pokolenia powojennych Niemców z wypisanym na czole wstydem za własną historię oraz własnych dziadków i ojców. Po tym filmie podwórkowe zabawy niemieckich chłopców w wojnę, które dotychczas miały dwie upokarzające opcję pt. "alianci i ruscy", poszerzyły się o opcję niemieckich wilków morskich z czasów II WŚ. Oczywiście parafrazuję tu sobie, metaforyzuje i zwyczajnie pieprzę ale myślę, że doskonale wiecie o co mi chodzi.
_________________ tell me what you don't like about yourself
Zakonspirowane dziadki pamiętające czasy wujka Adolfa się powzruszały, dupowaci socjaliści z zadumą pokręcili głowami, a młodsze pokolenie wreszcie bez wstydu mogło obejrzeć film z czasów wojny, w którym Niemcy nie byli ludożercami sadystycznie wijącymi się w oparach swej ideologii śmierci.
Piękne.
_________________ "Don't be so dark." Juggernaut Onan Gupta
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach