Wysłany: 2009-08-01, 15:48 Pan i władca: Na krańcu świata
Pan i władca: Na krańcu świata
Master and Commander: The Far Side of the World
reż. Peter Weir (USA, 2003)
Komandor marynarki królewskiej "Lucky" Jack Aubrey i jego najlepszy przyjaciel, lekarz okrętowy dr Stephen Maturin pełnią służbę na fregacie o nazwie Surprise. Pewnego dnia ich statek zostaje znienacka zaatakowany przez przeważające siły wroga. Mimo, iż w czasie potyczki jednostka zostaje poważnie uszkodzona, a wielu członków załogi odnosi rany, komandor Jack Aubrey decyduje się na morderczy pościg przez dwa oceany, starając się za wszelką cenę przechwycić wrogi okręt. Gra toczy się o niezwykle wysoką stawkę, jaką jest dobre imię komandora. Jeśli uda mu się pokonać nieprzyjacielską jednostkę, zdobędzie rozgłos i sławę, jeśli nie, pogrąży siebie i swoją załogę.
Krótko i na temat. Bardzo miłe zaskoczenie. Sam nie wiem czego oczekiwałem po tym filmie. Z jednej strony myślałem o jakiejś przygodówce, a z drugiej jednak wiedziałem, że Peter Weir za kamerą. I rzeczywiście była to z jednej strony przygodówka, ale nie jakoś bardzo widowiskowa, ani patetyczna jak przykładowo "Gladiator", którego osobiście w ogóle nie lubię. Ciekawa fabularnie, wciągająca historia morska, na dodatek dająca pole do rozmyślań. Z drugiej strony jednak pojawiają się motywy mistyczne (jak np. historia z Jonaszem) dotyczące przesądów i wierzeń żeglarskich. Nad statkiem unosi się jakaś taka atmopsfera niesamowitości, w czym mają niemały udział doskonałe zdjęcia Russella Boyda. A więc połączenie zwykłego z niezwykłym, bez przegięć w żadną stronę - rzecz zrobiona z wyczuciem i smakiem.
Jeśli poszukujecie niebanalnego i naprawdę dobrego filmu przygodowego, a od hollywoodzkich bredni dostajecie trzęsawki, to już wiecie co oglądać. Nie spodziewałem się, że w dzisiejszych czasach można jeszcze nakręcić dobry film przygodowy. Brawa dla Weira za niecodzienne podejście do tematu. Choć z 2003 roku, to film niemal klasyczny.
_________________ Ja to najbardziej lubię filmy jak ojciec ma syna
Ostatnio zmieniony przez BM 2009-08-01, 16:06, w całości zmieniany 3 razy
Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5240 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-08-02, 14:14
Też byłem miło zaskoczony gdy widziałem to po raz pierwszy. Kino przygodowe pełną gębą. Przy czym widz nie jest traktowany jak nastoletni idiota (co jednak wciąż jest wyjątkiem w produkcjach z podobnej półki). Można tam nawet znaleźć smaczki, które ucieszą też oko bardziej wyrobionego widza.
Absolutnie udany obraz i pewnie jeszcze kiedyś do niego wrócę.
PanSardela napisał/a:
Brawa dla Weira za niecodzienne podejście do tematu. Choć z 2003 roku, to film niemal klasyczny.
Prawda.
Moim zdaniem brawa należą się też dla Russell'a Crowe, który (tradycyjnie już) zagrał świetnie. Zresztą zauważyłem, że ten aktor w czym by nie występował, to nie schodzi poniżej pewnego poziomu przyzwoitości (ostatnio widziałem go w bardzo dobrej kreacji w "State of Play" i mimo ładnych kilku kilo więcej w pasie nadal trzyma wysoką, aktorską formę).
_________________ tell me what you don't like about yourself
Nad statkiem unosi się jakaś taka atmopsfera niesamowitości, w czym mają niemały udział doskonałe zdjęcia Russella Boyda. A więc połączenie zwykłego z niezwykłym, bez przegięć w żadną stronę - rzecz zrobiona z wyczuciem i smakiem.
Ja bym jednak wolał żeby przegięli. Z chęcią bym obejrzał jakiś do bólu realistyczny i brutalny obraz o czasach galeonów.
Świetna adaptacja książek (książek bo to zlepek dwóch tomów z tego co pamiętam) Patrick'a O'Brian'a. Realistycznie do bólu, z jajem, z dbałością o szczegóły.
Polecam lekturę - niesamowite prace jak na kogoś, kto nigdy w życiu nie żeglował O_O.
Wiek: 24 Dołączyła: 03 Sty 2010 Posty: 57 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2010-01-30, 18:48
Film kompletnie mi nie "podszedł". Po przeczytaniu tych wszystkich pozytywnych wypowiedzi rozważam jednak odświeżenie, bo film widziałam 6 lat temu a miałam wtedy małe pojęcie o dobrym kinie.
Odświeżyłam sobie, bo dowiedziałam się, że "statystował" tam mój ćwiczeniowiec. Kawał dobrej przygodówki. A jaka zabawa w "gdzie jest Wally"! Zresztą, przeważnie lubię filmy z prawie samymi chłopami
Niezły film, nic szczególnie wybitnego, ale warto obejrzeć. Dla mnie pozycja obowiązkowa, bo ostatnimi czasy interesuję się nieco marynistyką (za sprawą Conrada). Do tego można zaobserwować deficyt dobrego kina przygodowego. Pan i władca... wypełnia zatem niszę i stanowi znakomitą przeciwwagę dla plastikowych i kiczowatych Piratów z Karaibów. Dobre zdjęcia i muzyka, do tego z mojej strony duży plus za wykorzystanie dawnych kompozytorów jak Bach czy Corelli. Aktorstwo — nie przepadam za napinaczem Rusellem Crowe, więc działał mi na nerwy przez cały film. Za to zabawny był młody Oktawian z Rzymu bez ręki i w trójgraniastym kapeluszu fabuła — odnoszę wrażenie, że za dużo chcieli wsadzić do jednej historii morskiej. Taka "pigułeczka". Wojna, zabobony, botanika, pech z ciszą na morzu. Ten ostatni motyw zresztą podprowadzono ze Smugi cienia Conrada Film mógłby być ciut krótszy, a fabuła bardziej skondensowana. Ale i tak polecam.
_________________ "Barbarism is the natural state of mankind. Civilization is unnatural. It is a whim of circumstance. And barbarism must always ultimately triumph." Robert E. Howard
Jak na geniusza Weira, film średni - ale i tak zjada na śniadanie większość współczesnych produkcji rozrywkowych.
Cytat:
odnoszę wrażenie, że za dużo chcieli wsadzić do jednej historii morskiej. Taka "pigułeczka".
O, to, to. Reżyser prawdopodobnie zdawał sobie sprawę, że drugi raz kasy na podobny projekt nie dostanie i postanowił do filmu wrzucić wszystkie patenty, które mu przyszły do głowy. I tak dobrze, że film scenariuszowo nie rozłazi się w szwach i wszystko jest elegancko wplecione w fabułę.
Własnie wyczytałem, że cykl powieści o kapitanie Aubrey liczy sobie 21 tomów , natomiast w oryginalnej powieści przeciwnikiem okrętu brytyjskiego jest okręt amerykański, ale zmienili na francuski, żeby Amerykanie się nie rozsierdzili.
_________________ "Barbarism is the natural state of mankind. Civilization is unnatural. It is a whim of circumstance. And barbarism must always ultimately triumph." Robert E. Howard
ludzie - ten film to zlepek dwóch powieści O'Briena - Dowódca "Sophie" (Master and Commander- swoją drogę polski tłumacz powinien dostać czymś ciężkim po łbie i postudiować terminologię marinistyczną ... Pan i władca jego k. mać ) i ( ile pamiętam) HMS "Surprise" + kilku wątków z jeszcze dwóch, czy trzech...
Pomimo zmian film wiernie oddaje ducha cyklu i bynajmniej nie jest filmem średnim jak na geniusz Weira. A docenić go można w pełni PO zapoznaniu się z literackimi pierwowzorami.
Wtedy można się dowiedzieć co znaczy botanika dla Maturina, dlaczego Aubrey to taki "napinacz", o co chodzi z wszechobecnymi zabobonami
a cały cykl O'Briena to powieści pierwszej wody - naszpikowane realizmem absolutnym, opowieści o przyjaźni do grobowej deski na tle bynajmniej nie-romantycznej i nie-lekkiej służby na drewnianej łajbie, na której łatwiej stracić kończynę (lub życie) niż cokolwiek zyskać.
docenić go można w pełni PO zapoznaniu się z literackimi pierwowzorami.
być może, ale moim zdaniem film jest odrębnym dziełem i powinien bronić się sam. Pan i władca... się akurat broni. Szczerze mówiąc nie mam ani czasu, ani siły, ani ochoty przebijać się przez ponad 20 tomów sagi o marynarzach JKM króla Anglii
Nuz napisał/a:
Wtedy można się dowiedzieć co znaczy botanika dla Maturina, dlaczego Aubrey to taki "napinacz", o co chodzi z wszechobecnymi zabobonami
to tylko dowodzi, że twórcy niepotrzebnie napchali do filmu te elementy, skoro zrozumiałe są dopiero w świetle iluś tam książek. Mogli zrobić z tego np. trylogię albo w ogóle serial, a jeśli już jeden film, to odpowiednio go okroić (ewentualnie potem wypuścić dłuższą o pół godziny wersję reżyserską).
Film broni się sam - ale akurat narzekanie na cechy które są integralnymi cechami charakterów odtwarzanych przez aktorów postaci wypada w takim kontekście kiepsko...
Arcyznawca napisał/a:
to tylko dowodzi, że twórcy niepotrzebnie napchali do filmu te elementy
te elementy występują na pierwszych kilku stronach pierwszego tomu - bez nich byłaby to kolejna adaptacja "niczego".
te elementy występują na pierwszych kilku stronach pierwszego tomu - bez nich byłaby to kolejna adaptacja "niczego".
Teraz to już nic nie rozumiem dopiero po przeczytaniu cyklu w pełni można zrozumieć dość nieczytelne motywy z filmu, ale w rzeczywistości są one wyjaśnione na kilku pierwszych stronach pierwszego tomu? No to nie można było zrobić 1 czy 2 dodatkowych scen albo kilku dialogów celem wyjaśnienia? Zresztą, ja nie mówię, że nie rozumiem, o co chodzi w marynarskich zabobonach czy pasji botaników i podróżników doby późnego oświecenia. Tylko w pewnym momencie odczułem, że film jest przeładowany, tzn. zbyt wiele poruszono wątków jak na jeden raz.
_________________ "Barbarism is the natural state of mankind. Civilization is unnatural. It is a whim of circumstance. And barbarism must always ultimately triumph." Robert E. Howard
Jak dla mnie nie jest przeładowany - kwestia podejścia.
Weir scharakteryzował postacie dość węzłowato - pozostawił te cechy, które najlepiej je definiują. Maturin bez bzika na punkcie katalogowania, czy grzeczny, przewidywalny Aubery - to nie były by te same osoby.
Czkawką te wady i zalety odbijają się wszystkim do końca serii.
Z resztą - wszystko zostało w filmie wyjaśnione - jedyne co mogło ulecieć widzowi to waga poszczególnych gestów
Spoiler:
scena w której Aubery rezygnuje z pościgu, pozwalając Maturinowi na chwilę zabawy
ogólnie - podejście załogi do cyrulika jest wyjątkowe. Osobie która w razie W może uratować Ci życie pozwala się na więcej.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach