Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-10-03, 19:13 Truposz
Truposz / Dead Man
reż. Jim Jarmusch (Japonia, Niemcy, USA 1995)
William Blake (Johnny Depp) przybywa do zabitego deskami przygranicznego miasteczka, by podjąć pracę księgowego w miejscowej fabryce, której właścicielem jest John Dickinson (Robert Mitchum). Dowiedziawszy się, że jego stanowisko zostało zajęte, udaje się do pobliskiego saloonu, gdzie spotyka kobietę z półświatka, dziewczynę syna Dickinsona, Thel Russell (Mili Avital). Szukając ukojenia, przyjmuje darowaną mu przyjaźń, lecz obydwoje zostają nakryci w jej pokoju przez Dickinsona Juniora, którego Blaky w wyniku powstałego sporu, przypadkowo zabija.
Znakomity film, wspaniale sfilmowany, z doskonałą ścieżką dźwiękową, pełen świetnych scen i znaczących postaci. Niepozbawiony też sporej dawki czarnego humoru (jak choćby trzej kowboje i rozmowa z niedźwiedziem w biurze Dickinsona, scena przy ognisku z udziałem Iggy Popa). Miałem problem z tym, w jakim dziale ten film umieścić, ale głównie jest to western i kino drogi. Akcja filmu koncentruje się wokół jednej postaci, Williama Blake'a, zwykłego szarego człowieczka, który wyjeżdża na Dziki Zachód w poszukiwaniu pracy, tam jednak czeka go niespodzianka, bo pracy nie dostaje. Zupełnie niespodziewanie, spotyka go tam również zawód miłosny, co więcej pakuje się w niezłe tarapaty i musi uciekać. Nie chciałbym za bardzo zdradzać fabuły, ale sobie ułożyłem taką teorię, nie wiem czy właściwą, może ktoś będzie potrafił mi odpowiedzieć.
Spoiler:
Czy ci trzej kowboje reprezentują mroczną stronę osobowości Williama Blake'a? Narwany młodzieniec, pragnący zostać rewolwerowcem - zabijaką. Drugi, trochę starszy, nie rozstający się z butelką whisky i wreszcie trzeci, który jak wieść niesie - upiekł i zjadł własnych rodziców? Za taką interpretacją przemawia jedna z ostatnich scen, w której Blake odpływa łodzią, a Nobody i Cole Wilson strzelają do siebie.
Dobrze, że ktoś wreszcie założył temat o tym świetnym filmie, który jest jednym z moich ulubionych. Brak w nim słabych stron, chociaż nie jest to łatwy obraz. Dla mnie to nie tyle klasyczny western, co raczej ukazanie westernu w krzywym zwierciadle. Tu wszystko jest na opak. Antyheroiczny bohater, kowboje-pedały i kanibale, Indianin czytający poezję itd. Główny zrąb fabuły rozumiem natomiast tak, że...
Spoiler:
film jest o tym, że bohater odgrywany przez Deppa umarł i nie uwierzył we własną śmierć. Musi więc przebyć drogę jeszcze raz, a jego przewodnikiem jest ów gruby Indianin. To dlatego ciągle mówi, że Depp jest truposzem. Depp w końcu staje się samym sobą, czyli znakomitym rewolwerowcem. Nasuwa się również analogia z Boską komedią: wpierw bohater jest w Piekle (miasteczko), następnie wędruje przez las (czyściec), wreszcie trafia do indiańskiej wioski (niebo). Kluczowe są pierwsze słowa w filmie, wypowiedziane przez maszynistę w pociągu: "przypominasz sobie jak leżałeś w łódce i patrzyłeś w niebo" itd.
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-10-03, 23:43
Arcyznawca napisał/a:
Dobrze, że ktoś wreszcie założył temat o tym świetnym filmie, który jest jednym z moich ulubionych.
Dla mnie właśnie też. Długo się wahałem czy zakładać czy nie, bo ktoś może go równie lubić jak ja.
Arcyznawca napisał/a:
Brak w nim słabych stron, chociaż nie jest to łatwy obraz.
Zgadzam się. Kiedyś, gdzieś wyczytałem, że jak na Jarmuscha, to słaby, bo w zasadzie nic nowego, czego by już wcześniej nie powiedział, nie mówi tym filmem. Nie mogę się z tą opinią zgodzić. Dla mnie jest filmem doskonałym i bardzo wyróżnia się na tle pozostałych filmów tego reżysera. I ta ścieżka dźwiękowa. Choćby dla niej samej warto film obejrzeć. A oferuje on znacznie więcej.
W tematyce westernu nie wiem, gdzie bym go umieścił, bo po prostu bardzo słabo znam ten gatunek filmowy. Ciekawa interpretacja Arcyznawco. Trochę mi się to skojarzyło z filmami/em Haneke.
A scena w pociągu niesamowita. Jak nagle w niej wybucha kumulowane napięcie - coś niesamowitego. Majstersztyk reżyserii. Jak zresztą cały film.
Muszę przyznać, że za pierwszym razem ten film mi nie podszedł, nie wiem w sumie czemu, jakoś obejrzałem go beznamiętnie i bezrefleksyjnie, co w tym przypadku jest dużym błędem. Na szczęście za drugim razem symbolika zaczęła już do mnie zdecydowanie przemawiać i obecnie uważam "Truposza" chyba za najlepszy film Jarmuscha jaki widziałem. Bardzo udana zabawa konwencją westernu, z bardzo dobrą i klimatyczną warstwą wizualną i muzyczną, faktycznie temu filmowi nie można nic zarzucić.
Spoiler:
Interpretację widzę podobnie jak Arcyznawca, z tym, że nie określiłbym wioski indiańskiej niebem, gdyż w moim odczuciu Blake odrzuca wstąpienie do nieba - scena zabicia księdza, który skojarzył mi się ze św. Piotrem - i udaje się z Nobody, którego rola też przestaje być dla mnie w tym momencie jednoznaczna, bo wcześniej uważałem go za anioła stróża Blake'a. Poza tym Nikt, otwarcie sprzeciwia się wierze księdza, więc nie ma możliwości, żeby zabrał Williama do nieba.
_________________ Bez bólu nie ma satysfakcji.
Wszystkie te chwile przepadną w czasie niczym łzy w deszczu... Pora umierać.
Muszę przyznać, że za pierwszym razem ten film mi nie podszedł
Miałam to samo. I prawdę mówiąć ciagle przymierzam sie do drugiego seansu. Niby ładnie i niekonwencjonalnie, ale coś mi w nim nie przypasowało. Ilustracja muzyczna genialna - to akurat pamiętam najlepiej.
_________________
We travel not for trafficking alone;
By hotter winds our fiery hearts are fanned:
For lust of knowing what should not be known
We make the Golden Journey to Samarkand.
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-10-04, 20:06
smoke napisał/a:
Na szczęście za drugim razem symbolika zaczęła już do mnie zdecydowanie przemawiać i obecnie uważam "Truposza" chyba za najlepszy film Jarmuscha jaki widziałem.
Ja z kolei widziałem go niezliczoną ilość razy i nadal nie mam dość. Nie lubię takich rankingów: lepszy, gorszy itp, a zwłaszcza w przypadku tak "równych" reżyserów jak Jarmusch, ale "Truposz" to u mnie ścisłe top 3.
Jeszcze mam takie skojarzenie zw. z tym filmem, że Jarmusch najbardziej zbliża się nim do filmów, jakie robią Coenowie. Nie jest to oczywiście żaden zarzut, ale tak:
- granie konwencją, gatunkiem
- bardzo wyraźny i nawet nieco podobny w wielu momentach czarny humor (głównie kowboje)
No i jest ogólnie jakieś podobieństwo, większe niż w przypadku innych tytułów. Trudno to określić. Tak mi moje receptory filmowe podpowiadają.
Może wypada więc polecić tym, którzy lubią kino Coenów?
Nie lubię takich rankingów: lepszy, gorszy itp, a zwłaszcza w przypadku tak "równych" reżyserów jak Jarmusch, ale "Truposz" to u mnie ścisłe top 3.
Rzeczywiście Jarmusch robi strasznie równe filmy, które potrafię docenić, co nie zmienia jednak faktu, że nie jestem jego wielkim fanem, natomiast "Truposza" cenię mimo wszystko najbardziej.
jazu napisał/a:
Jeszcze mam takie skojarzenie zw. z tym filmem, że Jarmusch najbardziej zbliża się nim do filmów, jakie robią Coenowie. Nie jest to oczywiście żaden zarzut, ale tak:
- granie konwencją, gatunkiem
- bardzo wyraźny i nawet nieco podobny w wielu momentach czarny humor (głównie kowboje)
Może wypada więc polecić tym, którzy lubią kino Coenów?
A to bardzo ciekawe co piszesz, bo ja np. identyczną sytuację w odbiorze filmu, jak w przypadku "Truposza" miałem z "Barton Fink", mianowicie dopiero za drugim podejściem nabrałem oglądu na całość filmu i jego wydźwięk, co za pierwszym razem było dla mnie niedostępne. Może w tej sytuacji to zwykłe zrządzenie losu, albo te filmy rzeczywiście mają ze sobą więcej wspólnego, niż mi się wydawało. Tak czy inaczej faktycznie zgadzam się, że "Truposz" jest w wyraźnym stopniu "coenowski". Szczerze mówiąc, wcześniej jakoś o tym nie pomyślałem.
Edit: Po dłuższej chwili namysłu dochodzę do wniosku, że moje porównanie "Truposza" do "Barton Fink" nie jest dziełem przypadku
_________________ Bez bólu nie ma satysfakcji.
Wszystkie te chwile przepadną w czasie niczym łzy w deszczu... Pora umierać.
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-10-04, 21:25
A nie jest też tak, że w tym miasteczku dochodzi do zdarzeń w wyniku których zło (kowboje) zostaje uwolnione i szaleje podobnie jak Anton Chigurh? W takim wypadku, to Coenowie zerżnęli od Jarmuscha. Protestuję! Odebrać im oskara!
Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5335 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2010-10-18, 04:35
Chyba muszę sobie odświeżyć ten film bo widziałem go jakieś wieki temu i mało co z niego pamiętam. W sumie sam jestem ciekawy jak odbiorę go dzisiaj... dzięki za przypomnienie bo tak sam z siebie to chyba bym do niego nie wrócił.
_________________ tell me what you don't like about yourself
Nikt nie dodal, że świetne nawiązanie do tego filmu znajduje się następnej produkcji Jarmuscha - Ghost Dogu. Przy pierwszym seansie popłakałem się ze śmiechu na tej scenie - kto widział, ten wie :-)
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach