Nudny trochę ten film, no sorry Ja bardzo lubię takie kino, ale ta historia mnie jakoś nie porwała, tak jak chociażby "Election", który uwielbiam. Ale 6/10 to ocena oznaczająca u mnie film całkiem niezły, więc przecież nie mówię że mi się nie podobał. Fajnie było zobaczyć Lowella ze "Skrzydeł" w jakiejś innej roli Tego drugiego typa też lubię, dobrze go wspominam z "Private Parts" i z czegoś tam jeszcze. No spoko film
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2011-06-06, 18:20
Mnie dużo bardziej rozkłada ten duet (tak na 10), komizm wynikły ze zderzenia charakterów, ich teksty, jak i cała historia. Super postaci i film. Nie znasz się. ;P
Jazu tak reklamował że spodziewałem się arcydzieła, dostałem film fajny... i tylko tyle. Kurde, Do Wyborów czy Schmidta to nawet startu nie ma - w tamtych filmach była zarówno "głęboka" rozkminka na określony temat, jak i przy okazji cudowna beka z różnych holywoodzkich schematów i klisz. Obejrzyjcie najpierw Schmidta, potem Bucket List; Najpierw Wybory, potem dowolną highschoolową komedię - wiadomo o co chodzi. A Bezdroża to ot, taki sympatyczny filmik który jednak ani nie jest jakoś specjalnie "głęboki" (albo inaczej - te motywy były już tyle razy wałkowane, że na mnie nie robią wrażenia - zwłaszcza, że Payne nie znalazł na nie własnego "punktu widzenia" i po raz kolejny mamy to samo tak samo), ani specjalnie pomysłowo wyreżyserowany (trzy genialne sceny to jak na Payne'a jest bardzo słabo). A do tego Giamatti i Church jadą na autopilocie, jedynie Madsen (ona jeszcze żyje?) się aktorsko wyróżnia.
Także fajne, urocze, elegancko oparte na interakcjach między postaciami - ale szału nie ma. Nieprędko do tego filmu wrócę.
"Schmidta" bardzo lubię, "Wybory" mi nie podeszły, ale "Bezdroża" to dla mnie mistrzostwo świata. Kiedyś mój kumpel określił "Vicky Cristina Barcelona" mówiąc, że ten film jest jak siedzenie w jakiejś małej knajpce w Barcelonie i spokojne picie sobie piwa pod parasolem. Dla mnie właśnie takim filmem są "Bezdroża" - arcydziełem filmu lekkiego (ale nie głupiego!) olewającego filozoficzne rozważania, opowieścią o zwykłych ludziach, bez oceniania, bez wydawania werdyktów, opowieścią zabawną i w jakiś sposób optymistycznie-ciepłą. Jakiś czas temu dałem 9/10, ale mam ogromną ochotę powtórzyć i coś czuję, że nie zawaham się oceny podwyższyć.
_________________ "Thing. Motherfucker looks just like The Thing." - Freddy "This snakeskin jacket is a symbol of my individuality and my belief in personal freedom." - Sailor
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2011-09-25, 20:38
Jarod napisał/a:
Jazu tak reklamował że spodziewałem się arcydzieła, dostałem film fajny... i tylko tyle.
Nigdy nie reklamowałem tego filmu jako "arcydzieło". Bardzo fajny, lekki, zabawny i bezpretensjonalny. Bardzo mi podchodzi humor, fantastyczny jest scenariusz i interakcje, jakie zachodzą między postaciami, bardzo mi podchodzą role. Daję dychę i tyle. Bo mnie zachwyca i już.
Jarod napisał/a:
Obejrzyjcie najpierw Schmidta, potem Bucket List;
Te. A "Bucket list" nie jest przypadkiem filmem późniejszym?
Jarod napisał/a:
(trzy genialne sceny to jak na Payne'a jest bardzo słabo)
Które masz na myśli?
Jarod napisał/a:
A do tego Giamatti i Church jadą na autopilocie
Totalnie nie mogę się zgodzić z tym twierdzeniem. Znakomity śmieszno-żałosno-depresyjny Giamatti, Church jedynie trochę mu ustępuje (wywiązała się świetnie, jednak nie miał do odegrania tak ciekawej roli, jak Giamatti).
Jarod napisał/a:
Także fajne, urocze, elegancko oparte na interakcjach między postaciami - ale szału nie ma.
Sam piszesz, że elegancko. Dla mnie elegancko do tego stopnia, że daję 10, często wracam i umieszczam w ulubionych.
mr Orange napisał/a:
Dla mnie właśnie takim filmem są "Bezdroża" - arcydziełem filmu lekkiego (ale nie głupiego!) olewającego filozoficzne rozważania, opowieścią o zwykłych ludziach, bez oceniania, bez wydawania werdyktów, opowieścią zabawną i w jakiś sposób optymistycznie-ciepłą.
Dobrze to opisałeś. Widzę to podobnie.
"Arcydziełem" daje jednak w cudzysłów, bo gdzie mu do takich "prawdziwych wielkich arcydzieł".
Te. A "Bucket list" nie jest przypadkiem filmem późniejszym?
Jest. Ale pokazuje dobrze różnicę między podejściem Payne'a a typowymi hollywoodyzmami, a nie chciało mi się główkować nad innymi tytułami
jazu napisał/a:
Które masz na myśli?
Mamuśka, monolog Madsen, chwila, w której Church sobie pewne rzeczy uświadomił. W sumie można dołożyć jeszcze rozwiązanie kwestii specjalnej butelki wina. Znowu bardzo antyholly - gdyby wypił ją z Madsenową, to byłbym zły...
jazu napisał/a:
Totalnie nie mogę się zgodzić z tym twierdzeniem.
Chodziło mi, że znowu grają to samo, co w większości swoich filmów. Ale wiadomo, że Giamatti jako poczciwy nerwusek to klasa dla siebie. Ale taki np. Nicholson u Payne'a czy Broderick wbrew swoim emploi tworzą kreacje rewelacyjne, a w przypadku panów G. i C. nic mnie nie zaskoczyło...
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2011-09-25, 21:31
Jarod napisał/a:
Mamuśka, monolog Madsen, chwila, w której Church sobie pewne rzeczy uświadomił. W sumie można dołożyć jeszcze rozwiązanie kwestii specjalnej butelki wina. Znowu bardzo antyholly - gdyby wypił ją z Madsenową, to byłbym zły...
A dla mnie jest jeszcze cała masa równie dobrych scen: picie ze spluwaczki, nie czuję nuty serowej, cytowanie Bukowskiego, wieści o tym, że żona ponownie wychodzi za mąż, czytałeś moją książkę?, wolałbym scyzoryk, spędzanie wolnego czasu - obcinanie paznokci, scena na polu golfowym, wypadek samochodowy.... Właściwie mógłbym wymienić cały film.
Jarod napisał/a:
Chodziło mi, że znowu grają to samo, co w większości swoich filmów. Ale wiadomo, że Giamatti jako poczciwy nerwusek to klasa dla siebie.
Faktycznie miał już trochę podobna rolę wcześniej w "American Splendor", ale na co tu narzekać? Sam piszesz, że "klasa". Churcha nie przypominam sobie z podobnej roli...
Świetna rola Giamattiego, lepiej chyba nie mógł zagrać. Szkoda Milesa. Nie ma to jak napisać książkę tak zajebistą, że nikt jej nie rozumie i nie chce wydać. Dobrze, że przynajmniej odnalazł się w piciu wina.
Co do drugiego bohatera, to był dla mnie mega obleśny, i z wyglądu i zachowania.
"Chirurgów" nie lubię, ale Sanda Oh bardzo dobrze zagrała w "Bezdrożach". Zdominowała wszystkie sceny, w których się pojawiła.
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2012-03-10, 05:33
Beatriz napisał/a:
"Chirurgów" nie lubię, ale Sanda Oh bardzo dobrze zagrała w "Bezdrożach". Zdominowała wszystkie sceny, w których się pojawiła.
No fakt zdominowała. Weszła głęboko.
Nie oceniałbym tak źle Jacka... Hma humanus humanitatum et omnia humanitas jak to mówią
- czyli że źle postępujesz oceniając go tak niedobrze i całkiem niesprawiedliwie.
Zastanawia mnie gorszość tudzież nieciekawość "Spadkobierców" w kontekście fajności Giamattiego i OH Sandry ... W czymże tkwiła gorszość tudzież nieciekawość filmu n aktóry czekałem 17,5 roku chciałbym zapytać? W tym że prawie zdobył oskara? (a zdobył inny głupi film który dostarczył moc szczerych starodawnych wzruszeń ) W innej historii? Milesa nie było? Oh Sandry nie było? A może tej drugiej nie było? Dżeka nie było? Gorsze zdjęcia? Inny humor? Inna fabuła? Czy Clooney wkurwiał? Inny styl, bardziej "Hawajski"? Wymlaskany jakiś był ten film czy jak? (bo już też takie opinie słyszałem, że Spadkobiercy to taki lajcik, że aż [a z kolei Bezdroża przy tym to życiowe kino, że brud i syf? - no tak różnią się istotnie te filmy, całkiem co innego i niewiadomo było czego się spodziewać...])
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach