Wiek: 26 Dołączyła: 17 Lis 2008 Posty: 2103 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-02-07, 13:03 Droga do szczęścia
Droga do szczęścia / Revolutionary Road
reż. Sam Mendes (USA, Wielka Brytania 2008)
W sumie nie chciałam oglądać tego filmu. Duet Winslet & DiCaprio zapadł mi niezbyt pozytywnie w pamięć z pewnej superprodukcji sprzed ponad 10 lat i to nastawiło mnie zdecydowanie negatywnie. Tym bardziej melodramat. Tym bardziej osadzony w latach 50.
A jednak w sumie nie żałuję, że się zdecydowałam. Wcale nienudna opowieść o miłości i o tym, co z tą miłością potrafi zrobić małżeństwo. O tym, jak romantyczne marzenia i plany zdobywania świata z czasem coraz bardziej kurczą się i marszczą, jak szarzyzna codziennego życia potrafi wleźć człowiekowi do głowy i zapuścić tam korzenie tak głęboko, że pojawiają się myśli typu "byłem wtedy marzycielem, teraz jestem rozsądnym, poważnym człowiekiem", o tym wreszcie, czy warto o te swoje zakurzone marzenia walczyć, czy może faktycznie lepiej byłoby zostawić je zamknięte na klucz w szufladzie z napisem "młodość".
Film jak dla mnie należy do kategorii "spokojne popołudnie z lekką nutką zamyślenia i melancholii", więc na pewno jego odbiór i ocena może zależeć w dużej mierze od nastroju widza. Ale i tak polecam.
Byłam i jestem zadowolona...
Po calym seansie nie chce sie wstawac z fotela wbiłam oczy w ekran i nie dowierzałam ze sie tak skonczylo...
Fajny, troche smutny =( Ja polecam ^^
Dołączyła: 25 Mar 2009 Posty: 48 Skąd: z krainy skrzatów
Wysłany: 2009-04-08, 16:57
Jest to jeden z filmów, wzbudzający uczucia, których nie chciałabym czuć ponownie. Dlatego jak dla mnie do obejrzenia na raz... Obraz, który przedstawia, co tak naprawdę potrafi z człowiekiem zrobić depresja.
Ujęła mnie w nim jednak smutna ironia owej "drogi do szczęścia".
_________________ "Fakt, że jestem paranoikiem, nie oznacza jeszcze, że cały świat nie sprzymierzył się przeciwko mnie"
Dobry i mocno depresyjny. Jak ładnie tu DiCaprio i Winslet, zawiedzeni życiem i bezsilni, wylewali tu na siebie całe wiadra histerii. Często się mówi, że to DiCaprio był "tym dobrym" w filmie. Na pewno był człowiekiem treźwiej myślącym niż jego partnerka, ale czy dobrym? Do teraz mam w głowie jego obraz, jak z usmiechem domokrążcy dziękuje koleżance z pracy za przyjemny seks. Bardzo dobrze zagrał swoją rolę Leo. Winslet z tego roku bardziej mi zapadła w pamięć z "Drogi do szczęścia" niż z "Lektora". Ciężki film, bardzo dobrze zagrany i sfotografowany, świetny motyw muzyczny. Gdyby nie wcześniejsze "American Beauty", które przedstawiało bardzo podobną historię, film bym pewnie ocenił oczko wyżej. Ale i tak ponadprzeciętnie dobrze.
I również, nieprędko zdecyduję się na ponowny seans.
_________________ Ja to najbardziej lubię filmy jak ojciec ma syna
Nic mnie w tym filmie nie ujęło. Ten film jest drażniący a główni bohaterowie zachowują się nielogicznie. Ale to tylko moja opinia i nie pytajcie mnie o konkretne sceny,bo musiałabym je ponownie obejrzeć, a nie wiem czy mi się to uda po raz drugi. Już za pierwszym razem miałam problem z wytrwaniem do końca.
Uwielbiam zarówno Kate Winslet jak i DiCaprio, ale temu wydaniu mówię stanowcze nie.
ŚWIETNA MUZYKA
_________________ If you were me could you defend
The given rights to all the men
Lets fuck the world with all its trend
They say its all about to end
They say its all about to end
They say they say
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-08-18, 21:53
sephrenia napisał/a:
Nic mnie w tym filmie nie ujęło. Ten film jest drażniący
Nie miał być "ujmujący" i "niedrażniący"?
Cytat:
a główni bohaterowie zachowują się nielogicznie. Ale to tylko moja opinia i nie pytajcie mnie o konkretne sceny,bo musiałabym je ponownie obejrzeć, a nie wiem czy mi się to uda po raz drugi.
Napisać, że nielogicznie i sobie tak po prostu wytuptać z tematu, wcale nie jest kul sephrenio.
nie wiem jakim miał być moim zdaniem nie jest ani ujmujący ani niedrażniący.
jazu napisał/a:
Napisać, że nielogicznie i sobie tak po prostu wytuptać z tematu, wcale nie jest kul sephrenio.
Wiem. Ale już ponad rok od oglądanie, także nie potrafię się oprzeć na jakiś konkretach. Chodzi mi o to, że zarówno Frank jak i April, zamiast naprawiać swój związek coraz bardziej się od siebie oddalali. Ciągle tylko krzyki i wzajemne pretensje, a na tym nie da się budować związku. Więc gdzie tu LOGIKA? Zresztą wiem, że moja ocena może być krzywdząca, ale prze-okrutnie denerwowała mnie histeryczna p. Wheeler, także WYBACZ
_________________ If you were me could you defend
The given rights to all the men
Lets fuck the world with all its trend
They say its all about to end
They say its all about to end
They say they say
I właśnie takich sytuacji nie potrafię zrozumieć...
jazu napisał/a:
A niby strzelający raz po raz jadem w kierunku p. Wheeler Frank był lepszy z tych dwojga?
Z tego co pamiętam to April nie była dłużna Była egocentryczna i wydawało się jej, że jest kimś wyjątkowym,a Frank miał stanowić interesujący dodatek w ich związku- Ja tak to odbieram... Ale kiedy się nie udało, okazało się że April nie ma jest utalentowaną aktorką a Frank został pracownikiem w Knox-ie, p. Wheeler tak jakby wpadła w panikę, nie potrafiła poradzić sobie z tym prozaicznym życiem... Stała się rozchwianą emocjonalnie histeryczką i tyle. I nie lubię JEJ i dlatego nie podoba mi się film hahahahahaha
Przekonuję Cię ta argumentacja?
_________________ If you were me could you defend
The given rights to all the men
Lets fuck the world with all its trend
They say its all about to end
They say its all about to end
They say they say
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-08-18, 23:39
sephrenia napisał/a:
Przekonuję Cię ta argumentacja?
Jestem w pełni usatysfakcjonowany wypowiedzią, aczkolwiek nie wiem w jaki sposób brak sympatii dla bohaterki może się przekładać na negatywną ocenę całego filmu.
Przy okazji, okazało się, że jednak całkiem nieźle pamiętasz ten film. Ja bym w tej chwili nie potrafił dotrzeć do takich szczegółów tej historii, a oglądałem niespełna 2 lata temu.
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1652 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2010-08-19, 00:40
Rzeczywiście, April nie wzbudza wielu pozytywnych emocji u widza. Wychodzi na to, jest egoistką skupiona tylko na sobie. Wydaje mi się to trochę niesprawiedliwe, takie jednostronne przedstawienie kobiety w tym związku. Może jest tak dlatego, że autor powieści, pod tym samym tytułem, będącej podstawą scenariusza - Richard Yates, obdarzył April cechami jednej ze swych byłych żon (jak stwierdza w wywiadach ich córka)? Może w budowaniu tej postaci zagrały jakieś osobiste żale, animozje i uprzedzenia, brak minimalnego choćby obiektywizmu wobec kobiety, z którą się rozwiódł?
Z akceptacją Franka, natomiast, nie mamy wiekszego kłopotu. To dobry mężczyzna był, i porządny, na wskroś uczciwy /przyznaje się żonie nawet do swych “małych” zdrad, he, he /, tolerancyjny, z cierpliwością znoszący humory żony, do czasu co prawda, ale jednak! A że nie umie się baczniej wsłuchać w jej potrzeby i stany emocjonalne? No cóż, w końcu jest tylko mężczyzną. Ci są nastawieni na odbieranie jasnych komunikatów. Skoro April mówi, że go nienawidzi, wierzy w to. A gdy żona, macha mu na pożegnanie przed wyjazdem do pracy, jest pewny, że już jej przeszło.
Tak jak trudno przepisać komuś receptę na szczęście, tak, moim zdaniem, nie powinno się jednoznacznie osądzać April. Przecież mogła poczuć się rozczarowana zyciem, poczuć znużenie pracą gospodyni domowej, frustrację z niemożności realizowania zawodowych i artystycznych ambicji, a wybór pozostania w domu mogły być powodem narastającej goryczy i żalu za traconym potencjałem, o który April siebie podejrzewała.
Instynkt kobiety pcha ją ku mężczyźnie, rodzeniu dzieci, ale rozbujałe ego odpowiadające na zapotrzebowanie emancypującego się świata kobiet chce czegoś więcej. Kobieta się szamocze. Chce zmieniać diametralnie swe życie i powołanie. Liczy, że będzie szczęśliwsza, zdobywając uznanie otoczenia, jako kobieta wyemancypowana, niezależna od mężczyzny, realizująca się nie tylko w kuchni, ale także przy biurku, popada w kolejne uzależnienie - bycia niezależną.
A najwiekszym problemem tego małżeństwa jest ich stosunek do dzieci, one są, a jakoby ich nie było. O dzieciach tylko się wspomina, przeważnie podczas kłótni, że są pomyłką (pierwsze dziecko), albo dowodem na to, że pomyłka nie była jednak pomyłką (drugie), albo sie na nie krzyczy, bo nudzą. To też charakteryzuje małżeństwo Wheelerów - dzieci nie są dla nich najważniejsze, a powinny być, skoro je powołali do życia. To, ten fakt przede wszystkim źle wrózy temu małżeństwu.
No dobrze, dosyć tego. Oczywiście filmu nie widziałam wczoraj, ale dość dobrze go pamiętam. Wieksze wrażenie niz sam film zrobiły na mnie refleksje jakie on wywołał po czasie. Mnóstwo materiału do przemyśleń, pod warunkiem, że nie położymy od razu krzyżyka na April, tak jak ona, i sephrenia, to zrobiła.
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Mnóstwo materiału do przemyśleń, pod warunkiem, że nie położymy od razu krzyżyka na April, tak jak ona, i sephrenia, to zrobiła.
_________________ If you were me could you defend
The given rights to all the men
Lets fuck the world with all its trend
They say its all about to end
They say its all about to end
They say they say
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-08-19, 14:22
No właśnie Doniu. Ja bym tak surowo i jednoznacznie nie oceniał postaci p.Wheeler. Może po prostu ta para nie była dobrze dobrana. Może nie było między nimi miłości, która ponoć potrafi zdziałać cuda. Frank, jakkolwiek człek z niego pragmatyczny był, tak mi się kojarzył nieco z koniem z klapami na oczach, a i bywały momenty, że zamiast wspierać swoją rozchwianą partnerkę, celował tam, gdzie najbardziej boli.
Ale co ja tam wiem. Niewiele pamiętam i piszę bardziej z wyobraźni, niż w oparciu o film. Muszę go sobie jakoś niebawem powtórzyć, zaraz gdy opadną emocje związane z dyskusją, czyli za jakieś dwa, trzy lata.
Dla mnie miarą dobrego filmu, jest m.in. to, że dobrze go pamiętam i dobrze pamiętam emocje które towarzyszyły mi podczas seansu. ,,Droga do szczęścia" jest dla mnie właśnie takim filmem. Widziałam go tylko raz, jakieś 2 lata temu... i do tej pory pamiętam sceny, przeżycia, sytuacje... To jest naprawdę świetny melodramat. Szczerze mówiąc nie rozumiem, dlaczego Leonardo cały czas zostaje pomijany przez Akademię Filmową... bo ten film był znakomitym pretekstem by tego oskara już zdobył.
W tym filmie podobało mi się wszystko. Reżyseria, aktorstwo (wszystkich! bez wyjątku!), scenografia, muzyka, rytm, kompozycja... Pamiętam ten seans jak dziś. I to, że było mi po nim smutno. Zdecydowanie smutno...
_________________ ** człowiek człowiekowi wilkiem,a kiwi kiwi kiwi **
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1652 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2011-02-18, 15:35
migootka napisał/a:
Dla mnie miarą dobrego filmu, jest m.in. to, że dobrze go pamiętam i dobrze pamiętam emocje które towarzyszyły mi podczas seansu. ,,Droga do szczęścia" jest dla mnie właśnie takim filmem. Widziałam go tylko raz, jakieś 2 lata temu... i do tej pory pamiętam sceny, przeżycia, sytuacje... To jest naprawdę świetny melodramat. Szczerze mówiąc nie rozumiem, dlaczego Leonardo cały czas zostaje pomijany przez Akademię Filmową... bo ten film był znakomitym pretekstem by tego oskara już zdobył.
W tym filmie podobało mi się wszystko. Reżyseria, aktorstwo (wszystkich! bez wyjątku!), scenografia, muzyka, rytm, kompozycja... Pamiętam ten seans jak dziś. I to, że było mi po nim smutno. Zdecydowanie smutno...
Mogę się dołączyć? Mam takie same kryteria na temat wartości filmu, ale jakoś chyba nigdzie tego w ten sposób nie sformułowałam.
Co do opinii na temat filmu również sie podpisuję. Widziałam go tylko raz, wtedy gdy miał premierę w polskich kinach, a emocje z nim związane ciągle są żywe i pamiętam niemal cały film.
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Obejrzałem dzisiaj w ramach Tygodnia Nadrabiania Filmografii Sama Mendesa i ze wszystkich jego filmów ten podszedł mi najmniej. Rzecz jest... porządna, to chyba właściwe określenie, ale przy tym do bólu wręcz jedzie po koleinach wyrobionych przez inne filmy/książki o podobnej tematyce. W ogóle jest to taki "oscarowy" typ filmu, gdzie każdy aspekt realizacyjny jest idealny, wygładzony, aktorzy znakomicie grają, operator pięknie chwyta w kadr stylizowaną przez scengrafów rzeczywistość lat' 50, w tle pogrywają sobie piosenki z epoki... Nie lubię takiego podejścia, no.
Po obejrzeniu reszty filmów Mendesa dochodzę do wniosku, że lubię faceta, gdyż jako reżyser ma rzadkie wyczucie do kompozycji scen i żadnej sekwencji nie odpuszcza - a przy tym często próbuje do wyświechtanych przez kino na wszystkie strony motywów znaleźć jakąś inną "metodę". Revolutionary Road jest zaś do bólu klasyczne i w sumie nijakie - oceniłbym ten film o wiele niżej gdyby nie fenomenalne role DiCaprio i Winslet oraz walące w łeb sceny w ostatnim kwadransie - "idealne śniadanie" i to, co się stało potem. Miazga, chociaż od połowy filmu wiedziałem, że to się dokładnie tak skończy
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2011-03-06, 02:02
Z Twego postu Jarod wynika, że zajebisty, jeśli nawet oficjalnie twierdzisz że inaczej. Narzekasz moim zdaniem, a nie ma na co, bo to dobry, i mocny, film.
Mocny, dobry film. Ale również ciężki. Pamiętam, że po obejrzeniu trudno było sobie poradzić z refleksjami. Świetni aktorzy - Leo chyba miał najlepszy rok w swoim życiu i nadal nie mogę odżałować, że nawet nominacji do Oscara nie dostał. Kate - klasa sama w sobie. Za ten film powinna dostać statuetkę, bo chyba lepsza rola niż w Lektorze. Film po prostu warty obejrzenia.
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2011-06-14, 18:18
aniazlipca napisał/a:
Leo chyba miał najlepszy rok w swoim życiu i nadal nie mogę odżałować, że nawet nominacji do Oscara nie dostał. Kate - klasa sama w sobie. Za ten film powinna dostać statuetkę, bo chyba lepsza rola niż w Lektorze.
Zgadzam się. Mam dokładnie takie same odczucia co do ról tej dwójki aktorów.
Dołączyła: 12 Maj 2011 Posty: 36 Skąd: człowieczeństwo
Wysłany: 2011-06-26, 21:10
Oglądałam go jakiś czas temu i w sumie chętnie obejrzę go jeszcze raz. Świetni aktorzy. Dobry film zmuszający do refleksji nad życiem nad marzeniami i nad ich sensem oraz nad tym czego tak na prawdę pragnie człowiek i czy może czerpać szczęście z tego jak żyje i cieszyć się tym co posiada.
_________________ "Wiem, że jak przejdę przez tę bramę,
będę widział wszystko."
Ścieżka, po której prowadzi widza ten film, kończy się kapitalną sceną - ostatnią - w której John Givings siedząc w fotelu ścisza swój aparat słuchowy i tym samym wyłącza jazgot żony nad sprawami uroczego domku, Wheelerów, zapuszczonych futryn i reszty tego hipokrytycznego społeczeństwa. To jedyny komentarz, jakiego bym sobie życzyła po treści, którą reżyser podał wcześniej. Bo bliżej widzowi do ukazanych problemów, niż by sobie tego życzył. Chyba, że widz dopiero startuje w 'życie', wtedy może mojej 'tyrady' dobrze nie zrozumieć I dlatego kiedy podniesie głos, ja ściszę swój wirtualny aparat.....
Choć zazwyczaj nie celuję w filmach lądujących w tym dziale - nie żałuję. Dobry film, ale przyznam, że ani mnie specjalnie nie urzekł, ani nie zmiażdżył (wiem, że to myślozbrodnia, ale podobne odczucia mam po "American Beauty"). Fajna muzyka, zdjęcia, klimat lat 50. oraz świetne aktorstwo (obok DiCaprio i Winslet wskazać można jeszcze na udaną rolę obłąkanego matematyka). W sumie nie kibicowałem żadnej ze stron - zarówno i Frank, jak i April popełniali błędy, i byli irytujący na swój sposób. Może lepiej byłoby dla nich, gdyby się w ogóle nie zeszli? Nie jest to głupi film - może skłaniać do refleksji, ale obawiam się, że wnioski, jakie zeń płyną, ocierają się o banał. Racjonalny mężczyzna i irracjonalna kobieta, marzenia i ich realizacja w teorii i praktyce, optymizm i pesymizm, zakłamane społeczeństwo, tradycyjna rola kobiety (3 x K) a emancypacja. Spodziewałem się czegoś bardziej patologicznego, ale i tak jest dobrze.
_________________ "Barbarism is the natural state of mankind. Civilization is unnatural. It is a whim of circumstance. And barbarism must always ultimately triumph." Robert E. Howard
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2011-06-29, 18:05
Arcyznawca napisał/a:
ocierają się o banał.
No proszę Cię, o banał? Moim zdaniem o sprawy bardzo istotne. Zapamiętałem go jako mocny, cholernie depresyjny film. Chyba muszę sobie powtórzyć żeby sprawdzić czy dobrze zapamiętałem.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach