Wysłany: 2011-03-07, 20:44 Wszystkie poranki świata
Wszystkie poranki świata / Tous les matins du monde
reż. Alain Corneau (Francja 1991)
Obraz Alaina Corneau jest wymagający, opowiedziany w powolnym, medytacyjnym rytmie, ale cierpliwość widza zostaje nagrodzona - "Wszystkie poranki świata" to film fascynujący, bogaty, o wielkiej urodzie i zapadającym w pamięci przesłaniu. Fabuła oparta jest luźno na biografiach dwóch wielkich francuskich muzyków barokowych: Sainte Colombe'a i Marina Marais.
Akcja toczy się pod koniec XVII wieku. Starzejący się dworski kompozytor Marais (Gérard Depardieu) wspomina lata młodości i naukę u swego mistrza, Sainte Colombe'a (Jean-Pierre Marielle). Spotkanie z tym niezwykłym człowiekiem było kluczowym wydarzeniem w życiu muzyka. Wiele lat wcześniej, po śmierci żony, Sainte Colombe, słynny wirtuoz gry na viola da gamba, wycofał się ze światowego życia, zbudował dom w odludnej okolicy i zaszył się tam, by samotnie wychować dwie córki i, przede wszystkim, w spokoju oddawać się muzyce. Mimo ponawianych zaproszeń Ludwika XIV, który chciał widzieć mistrza w Wersalu, Colombe konsekwentnie bronił swojej izolacji, nie przyjmował też uczniów. Pewnego dnia do chaty samotnika zawitał jednak 17-letni Marin Marais (Guillaume Depardieu - syn Gérarda). Nieprzeciętny talent muzyczny młodego człowieka przełamał opory wirtuoza. Marais został uczniem Colombe'a i zarazem kochankiem jednej z jego córek. Mistrz próbował przekazać piekielnie zdolnemu młodzieńcowi coś więcej niż tylko umiejętność gry na violi da gamba. Młody Marais zdradził jednak starego wirtuoza i wybrał drogę, z której Colombe dobrowolnie zrezygnował - dworską karierę, światową sławę i poklask. Jak zwodnicze są to wartości Marin zrozumie dopiero po wielu latach, kiedy wypalony i zmęczony pustką swojego życia, pojmie słuszność filozofii bezwzględnego oddania sztuce, której starał się go nauczyć Sainte Colombe.
Jakoś mnie dzisiaj naszło na dźwięk violi i na filmową opowieść o nutach, z których każda musi brzmieć jakby umierała. Na gmeranie w czasie, jak w otwartej ranie, gdzie ból pozwala wydobyć obraz minionych osób i zdarzeń, gdzie muzyka jest pomostem między tym co jest, a tym, co było, gdzie nie szuka się pogodzenia z losem, a tylko zaakceptowania własnych uczuć.... To film nie do oglądania w pośpiechu, na przewijaniu. Nie ma w nim wartkiej akcji, szybkich zdarzeń, nie w nim nawet zbyt wielu słów. Jest za to czas, który nie mija, żeby wygładzić strupy na duszach, ale po to, żeby zharmonizować światy po obu stronach skóry głównych postaci. Jest namiętność i pasja, z których płynie muzyka, są dźwięki targane z samego dna duszy. Jest miłość i nienawiść i granica między nimi cieńsza niż różowe sznurowadła. Jest życie i śmierć. Kariera i rezygnacja. Hałas wielkiego dworu i cisza pustelni przerywana tą samą próbą zbliżenia do doskonałości.
A wszystko zanurzone w okoliczności przyrody i nuty cierpienia violi da gamba, kórych się dziś już nie spotyka... Niech gra. Przez wszystkie poranki świata...
_________________ Nie żyć nie znaczy umrzeć.
Ostatnio zmieniony przez BM 2011-03-08, 18:39, w całości zmieniany 1 raz
'Wszystkie poranki świata' to taki film, że w zalożeniu tematu miałam wątpliwości między Filmlabem a Sofą - wątki biograficzne i psychologiczne spojrzenie na dążenie do perfekcji w uprawianiu sztuki wzięły u mnie górę nad melodramatyczną oceną tego obrazu. Ale z Sofy też dobrze widać
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach