Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1609 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2010-09-01, 21:20
BM napisał/a:
Dupa nie komedia. Abstrakcja, anarchia i czyste szaleństwo. W dodatku ma to COŚ czego nie da się do końca opisać.
Oglądając ten film czułem się jakby mi ktoś dał w mordę, spoił wódką, a potem jeszcze kazał z gołą dupą wyć w zimną noc do księżyca.
Z Bronsonem pewnie jest tak, że albo się ten klimat poczuje albo nie. Niewykluczone, że jest to film skierowany do niezbyt normalnych odbiorców ale cóż...
No cóż, jako że sama siebie uważam za kobietę nieco odstającą od powszechnie przyjętego wzorca normalności, nie pozostaje mi nic innego jak tylko się przemóc i zobaczyć ten film jak pan Bóg przykazał - od początku do końca.
Tym bardziej po takim opisie wrażeń jak wyżej.
Cytat:
Dlaczego piszesz Doniu, że obrzydliwa postać? Że taka mocno umięśniona i ociekająca testosteronem?
Nie, nie dlatego. Przecież ciało to tylko forma, a dla mnie liczy się przede wszsytkim duch. Miałam na początku wrażenie, że patrzę na bezmyślnego, albo z uszkodzonym mózgiem, pajaca, który potrafi się kontaktować z bliźnimi tylko za pomocą pięści. Ale skoro to ma być takie piękne, dotrzeć do jądra swej zwierzęcości, jak sugerujecie, to ok, spróbuję to poczuć jak to wygląda w wersji Bronsona. Tylko czy faktycznie jako zwierzę w czystej postaci jest niedostosowany do świata ludzi, czy raczej nimi manipuluje, bo jak każdy człowiek, jest próżny i marzy o sławie. A że potrafi tylko to co potrafi, czyli walic po ryju, to po sławę sięga przez kraty. No dobra, zachęciliście mnie, reszta po projekcji, jak mi się uda trafić na Cinemaxie.
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3149 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-09-01, 22:19
DA napisał/a:
Ale skoro to ma być takie piękne, dotrzeć do jądra swej zwierzęcości, jak sugerujecie
Ja przynajmniej tak nie zasugerowałem. Pisałem, że się śliska po klawiszach. Żadnej zwierzęcości nie ma.
Czymże jest jaźń? - zapytywali wielcy filozofowie.
_________________ I believe in nothing and I will cut off your Johnson.
Próżnia spada w przepaść
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1609 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2010-09-08, 13:03
No i zobaczyłam. Forma zdecydowanie góruje nad treścią. Bardziej mi tu zalatuje Monty Pythonem niż Mechaniczną pomarańczą. Krótko - bardzo zgrabnie zrobiony film o facecie, który się klawiszom nie kłaniał. I dzięki temu miał za swoje.
Owszem, wymiar sprawiedliwości, jeśli wierzyć slowu wstępnemu tego wątku, nie potraktował go łaskawie na początku jego więziennej kariery. Facet mógł się do niego zrazić - 7 lat za obrabowanie kiosku do zdecydowanie za dużo, ale czy to powód, żeby do więziena trafiać na własne życzenie przez dalszych 30 lat? I na dodatek na długie lata do izolatki. Po co? Tylko po to, by udowodnić sobie i światu, jaki tenże świat jest niesprawiedliwy? A przecież, nie wracał do więzienia, za to, że pogłaskał kogoś po głowie. Może bardzeij dorabiał teorię do praktyki, bo nie umiał zyć na wolności? Nie radził sobie z samym sobą, jako czlowiek wolny? Facet pozbawiony kompletnie inteligencji, także emocjonalnej, instynktu samozachowawczego, kaleka emocjonalna. Być może nieprzystosowany, dziecko, ktore tupie nózkami, chcąc coś udowodnić, na co nie ma argumentów. Czy (cytowane) dialogi są bardziej absurdalne, czy świadczące bardziej o niedorozwoju umysłowym jego autora?
Forma filmu owszem, aktorstwo, także, bardzo inteligentnie i pociągająco ukazuje portret człowieka nie interesujacego i nie zachwycajacego. Bo i czym tu się zachwycać, że facet robi w konia klawiszy więziennych? Jest za to skutecznie i przez ponad 30 lat permanentnie karany. Bardziej podoba mi się chopper, ktory robi w balona całe australijskie spoelczeństwo, udowadaniając, że tańczy ono, tak jak on mu każe.
To znaczy, żeby było jasne, ja nie neguję powstania tego filmu, jak i jego samego. Przecież tacy ludzie, jak "Charles Bronson" występują (dokładnie - "występują") na tym świecie, dlaczego by ich nie opisać? Nie podzielam jedynie zachwytów nad tą postacią, posądzanie ją o jakąś głębię myślenia, jakąś przewrotność działania, jakiś cel. Ani mi go nie było żal, ani nie budził mego podziwu, ot, facet, który dostał to, o co się bił.
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3149 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-09-08, 15:58
DA napisał/a:
Może bardzeij dorabiał teorię do praktyki, bo nie umiał zyć na wolności? Nie radził sobie z samym sobą, jako czlowiek wolny? Facet pozbawiony kompletnie inteligencji, także emocjonalnej, instynktu samozachowawczego, kaleka emocjonalna. Być może nieprzystosowany, dziecko, ktore tupie nózkami, chcąc coś udowodnić, na co nie ma argumentów. Czy (cytowane) dialogi są bardziej absurdalne, czy świadczące bardziej o niedorozwoju umysłowym jego autora?
Ocena wydaje mi się bardzo surowa. Może na przykład wyrok, o którym piszesz, 7 lat za obrobienie kiosku, podczas którego - jak czytam - nikomu nie spadł włos z głowy, było tym czynnikiem, od którego w życiu Bronsona wszystko zaczęło się zmieniać. Z tego, co się orientuję Bronson działa na rzecz ludzkiego traktowania więźniów (a przynajmniej tak definiuje to, co robi). A to już jest jakiś etos. W każdym razie, wydaje mi się postacią znacznie bardziej pozytywną niż Chopper - psychopata, jak i sam film również wydaje mi się lepszy niż "Chopper". W ogóle chyba nadszedł czas, aby ponownie zmierzyć się z filmografią Refna, tym razem świadomie, bo jak czytam tu i ówdzie, jego twórczość wpisuje się w to co się zwykło nazywać "postmodernizmem" i w takim wypadku, jasnym staje się, że "Bronson" zyskuje przynajmniej jeden dodatkowy wymiar, przynoszący skojarzenia z takimi filmami jak "Inland Empire" (początkowa scena z gramofonem już ładnie streszcza i zapowiada o czym będzie film, to też ciekawy kadr[ostrożnie] w kontekście "Bronsona"), "Ukryte" czy "Pillow Book".
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1609 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2010-09-08, 20:39
Cytat:
7 lat za obrobienie kiosku, podczas którego - jak czytam - nikomu nie spadł włos z głowy, było tym czynnikiem, od którego w życiu Bronsona wszystko zaczęło się zmieniać. Z tego, co się orientuję Bronson działa na rzecz ludzkiego traktowania więźniów (a przynajmniej tak definiuje to, co robi).
Toteż napisałam:
Cytat:
Owszem, wymiar sprawiedliwości, jeśli wierzyć slowu wstępnemu tego wątku, nie potraktował go łaskawie na początku jego więziennej kariery. Facet mógł się do niego zrazić - 7 lat za obrabowanie kiosku do zdecydowanie za dużo, ale czy to powód, żeby do więziena trafiać na własne życzenie przez dalszych 30 lat? I na dodatek na długie lata do izolatki.
Piszesz:
Cytat:
Z tego, co się orientuję Bronson działa na rzecz ludzkiego traktowania więźniów (a przynajmniej tak definiuje to, co robi).
Ja tego w filmie nie zauważyłam, jego walki o szczytne cele. W którym miejscu on definiuje cel swej oryginalnej walki na rzecz lepszego traktowania więźniów? Gdzie są sceny ich gnębienia? W filmie jeśli Bronson był źle traktowany, to na własne życzenie. Jesli rzucał sie jak wściekły pies na klawiszów, trudno, żeby był za to nagradzany. Być może reżyser wyrządził prawdziwemu "Bronsonowi" krzywdę ukazując w ten sposób, w jaki go ukazał.
Ja nie gloryfikuję Choppera, twierdze, że rezyser Andrew Dominik, przedstawił go jako postać bardziej ciekawą, enigmatyczną, nieodgadnioną, nie jesteśmy do końca pewni, czy prowadzi on inteligentną grę z publicznością, czy gra wariata, czy nim naprawdę jest.
Akurat, że "Bronson" wpisuje się w szufladkę postmodernizmu, nie jest dla mnie żadnym wielkim plusem dla filmu, jak juz wspomniałam wcześniej, bardziej cenię sobie ducha, niż formę, ktora często jest przykrywką, dla próżni.
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3149 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-09-09, 19:56
DA napisał/a:
Ja tego w filmie nie zauważyłam, jego walki o szczytne cele. W którym miejscu on definiuje cel swej oryginalnej walki na rzecz lepszego traktowania więźniów? Gdzie są sceny ich gnębienia? W filmie jeśli Bronson był źle traktowany, to na własne życzenie. Jesli rzucał sie jak wściekły pies na klawiszów, trudno, żeby był za to nagradzany.
2 rozdział, „Bunt” m.in.
„Nie spodobała mi się brutalność, którą zastałem w więzieniu. Postanowiłem ją zwalczyć”.
Organizował bunty, okupacje i akcje protestacyjne na dachach. Uważa się za „działacza więziennego” – walczy z systemem, który złodziei traktuje tak samo lub gorzej od pedofilów i morderców. Szanuje większość „uczciwych i pracowitych” strażników, ale wojuje z klawiszami, którzy wykorzystują władzę do fizycznego i psychicznego terroryzowania więźniów.
A że w filmie tego nie ma… To jest chyba w ogóle najczęściej spotykany zarzut: że jest kiepską biografią. Ale czy miał być w ogóle biografią? Nie sądzę.
DA napisał/a:
Być może reżyser wyrządził prawdziwemu "Bronsonowi" krzywdę ukazując w ten sposób, w jaki go ukazał.
Rzeczywiście został przedstawiony dość, ze tak powiem „mocno”. Mam nadzieję jednak, że „Bronson”, który w rzeczywistości pisze i maluje, a jego obrazy śmigają na Ebayu za tysiące funtów, ma wystarczająco dużo inteligencji i dystansu do samego siebie, aby się o takie przedstawienie nie obrazić.
DA napisał/a:
Ja nie gloryfikuję Choppera, twierdze, że rezyser Andrew Dominik, przedstawił go jako postać bardziej ciekawą, enigmatyczną, nieodgadnioną, nie jesteśmy do końca pewni, czy prowadzi on inteligentną grę z publicznością, czy gra wariata, czy nim naprawdę jest.
Akurat, że "Bronson" wpisuje się w szufladkę postmodernizmu, nie jest dla mnie żadnym wielkim plusem dla filmu, jak juz wspomniałam wcześniej, bardziej cenię sobie ducha, niż formę, ktora często jest przykrywką, dla próżni.
Widzisz, mi się wydaje, że podstawowym błędem, jaki popełniasz w interpretacji „Bronsona” jest uporczywa chęć dokopania się w filmie do charakterystyki jego postaci, jego id, wewnętrznego zwierza. A może warto byłoby się skupić na chwilę nie na postaci, ale na problemie, jaki („być może”, bo cały czas bazuję jedynie na swoich przypuszczeniach, może warto byłoby sięgnąć po jakiś wywiad z Refnem, może powiedział coś na ten temat) chciał poruszyć Refn. Postmodernizm wspominam nie po to, aby film umieścić w szufladzie albo się popisać, tylko wydaje mi się, że umieszczenie filmu w tym kontekście powoduje właśnie przejście w interpretacji - od opisywania postaci do opisywania problemu.
Jednym z najsłynniejszych twierdzeń postmodernizmu jest: „Pierwszym aktem przemocy był akt nazwania” czy coś w tym stylu, a powiedział to Derrida, Foucault albo Baudillard, nie pamiętam. Czy nie odkryciem postmodernizmu jest to, że jaźń nie jest monologiczna tylko dialogiczna, wypracowywana w kontakcie z innymi osobami (nie jest to odkrycie takie znowu nowe, w socjologii funkcjonuje od lat jako „ja odzwierciedlone”, choć te pojęcia nie do końca się pokrywają)? Co więcej, twierdzi się, że ludzie funkcjonują w różnych okresach życia, a nawet w jednym i tym samym momencie w różnych sferach, rządzonych różnymi regułami, które oni przyjmują, w stopniu mniejszym lub większym. W ciągu zycia ewoluują, a nieraz zmieniają się zupełnie. Dlatego podkresla się fakt przywdziewania masek, ponowoczesność określa się „czasem karnawału”, a postmodernizm „filozofią błazna”. Stąd też całe to gadanie o nieuchronnym wchodzeniu w rolę lub nawet w niezliczoną ilość ról w ciągu życia. Aha, jeszcze jedno. W centrum postmodernistycznego uniwersum leży również coś takiego, co można określić jako "znakoświat", będący przejawem epistemologicznego zwątpienia w możliwość zgłębienia istoty wszechrzeczy i dotarcia do Prawdy (hehe). Cały świat jest w takim ujęciu systemem znaków opisujących w sposób daleki od doskonałości przedmioty występujące faktycznie (o to czy one w takim razie rzeczywiście istnieją też się toczy spór, całkiem poważny, służę linkiem jak by co).
I tak, u Lyncha widzimy aktorów, którzy grają aktorów w filmie kręconym w filmie, widzimy płytę gramofonową i igłę – dźwięk wydobywa się dopiero w momencie zetknięcia jednego z drugim. To , do czego Lynch w końcu dociera, „życie wewnętrzne” jest w ogóle bez kształtu i wymiaru, nieopisywalne (obrazek powyżej). W „Ukrytym” widzimy, że sam fakt obserwacji z zewnątrz prowadzi bohatera do odkrycia własnej winy, a w „Pillow Book” zakochani w sobie ludzie… zapisują się nawzajem sobie na skórze (już nie bardzo pamiętam jak to dalej było, bo widziałem bardzo dawno, ale było jakieś zdejmowanie skóry ?). No i wreszcie nasz nieokrzesany „Bronson”, który sobie wymyślił, że nie będzie ról przyjmował, bo nie i chuj, bo mu się nie podobają, bo nie chce być jakiś. Wyobraźmy sobie, że Bronson w ogóle nie obrobił kiosku, nie trafił do paki i jest jednym z nas (rozumiem, że film nieźle bije Bronsonem po oczach, ale spróbujmy). Może Refn nie chciał wytknąć palcem swojego bohatera, odkrywać intelektualnych zgliszczy, tylko powiedzieć coś o kondycji człowieka. Chyba każdy z nas choć raz w życiu znalazł się w sytuacji, w której nie mógł się odnaleźć, która mu nie pasowała, czuł się skrępowany, nie mógł zgodzić z przypisywanymi mu ocenami itd. Może Refn widzi coś tragicznego, w ciągłym przywdziewaniu gotowych już masek albo w tym, że bunt jest całkowicie pozbawiony sensu i destrukcyjny dla psychiki jednostki, gdyż wewnątrz tak naprawdę nie ma nic, co moglibyśmy nazwać (a wszystko można nazwać. dowód? Baran! ). Dlatego chyba ten film jest tak kiepską biografią...
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1609 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2010-09-10, 17:03
Cytat:
Widzisz, mi się wydaje, że podstawowym błędem, jaki popełniasz w interpretacji „Bronsona” jest uporczywa chęć dokopania się w filmie do charakterystyki jego postaci, jego id, wewnętrznego zwierza. A może warto byłoby się skupić na chwilę nie na postaci, ale na problemie, jaki („być może”, bo cały czas bazuję jedynie na swoich przypuszczeniach, może warto byłoby sięgnąć po jakiś wywiad z Refnem, może powiedział coś na ten temat) chciał poruszyć Refn.
Nie, nie miałam zamiaru dokopywać się na siłę do zwierzęcości Bronsona. Ja się skupiam tylko na tym co widzę na filmie, a nie widzę tu żadnego etosu, oprócz tego, co wyżej napisałam - nieudolności emocjonalnej, braku umiejętności życia na wolności. Może by i warto było sięgnąć do wywiadów z reżyserem, niestety, jego film, postać, którą, i w jaki sposób, przedstawia kompletnie mnie do tego nie zachęca. Nawet, teraz, kiedy się dowiedziałam od Ciebie:
Cytat:
„Bronson”, który w rzeczywistości pisze i maluje, a jego obrazy śmigają na Ebayu za tysiące funtów, ma wystarczająco dużo inteligencji i dystansu do samego siebie, aby się o takie przedstawienie nie obrazić.
Nie wiadomo, jakby to było z jego malarstwem i sprzedażą dzieł, jesli by nie miał reklamy, na jaką sobie zapracował i jaka dał mu też ten film.
Czułam w czasie projekcji, że facet, czyli reżyser, nie ma tak naprawdę wiele do powiedzenia, wybrał sobie żywot jednego z więźniów "wariatów" (za wariata uważam go nie ze względu na młócki, ale dlatego, że dzięki nim siedzial dziesiątki lat w więzieniu). I żeby nie było nudno, no bo o czym tu opowiadać, skoro więzień w izolatce, na ogól je i śpi, wydala, ozdobił film atrakcyjną formą, zapozyczeniami, pomysłami z innych filmów. Nie wysilił się na nic więcej, bo przecież tę opowieść mozna by znacznie wzbogacić fabularnie, nie tylko formalnie. Tak na dobrą sprawę przez ok 100 minut patrzymy na młóckę jaką Bronson urządza klawiszom, a dla wytchnienia mamy zajęcia z plastyki, w których usiłuje nam się pretensjonalnie zasugerować, że facet odbywa podróź do swojej jaźni? W każdym razie, gdzieś tam podróżuje, czego wynikiem jest żywa rzeźba utworzona z ciała nauczyciela plastyki z pomarańczą w zębach.
Gdyby nie te przeróżne zabiegi formalne , film byłby nudny jak flaki z olejem.
Cytat:
No i wreszcie nasz nieokrzesany „Bronson”, który sobie wymyślił, że nie będzie ról przyjmował, bo nie i chuj, bo mu się nie podobają, bo nie chce być jakiś. Wyobraźmy sobie, że Bronson w ogóle nie obrobił kiosku, nie trafił do paki i jest jednym z nas (rozumiem, że film nieźle bije Bronsonem po oczach, ale spróbujmy). Może Refn nie chciał wytknąć palcem swojego bohatera, odkrywać intelektualnych zgliszczy, tylko powiedzieć coś o kondycji człowieka. Chyba każdy z nas choć raz w życiu znalazł się w sytuacji, w której nie mógł się odnaleźć, która mu nie pasowała, czuł się skrępowany, nie mógł zgodzić z przypisywanymi mu ocenami itd. Może Refn widzi coś tragicznego, w ciągłym przywdziewaniu gotowych już masek albo w tym, że bunt jest całkowicie pozbawiony sensu i destrukcyjny dla psychiki jednostki, gdyż wewnątrz tak naprawdę nie ma nic, co moglibyśmy nazwać (a wszystko można nazwać. dowód?
Ciekawe spostrzeżenie. Inspiruje do zweryfikowania moich poprzednich sądów o filmie. Twoja praca nie poszła na marne.
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Czułam w czasie projekcji, że facet, czyli reżyser, nie ma tak naprawdę wiele do powiedzenia, wybrał sobie żywot jednego z więźniów "wariatów" (za wariata uważam go nie ze względu na młócki, ale dlatego, że dzięki nim siedzial dziesiątki lat w więzieniu). I żeby nie było nudno, no bo o czym tu opowiadać, skoro więzień w izolatce, na ogól je i śpi, wydala, ozdobił film atrakcyjną formą, zapozyczeniami, pomysłami z innych filmów.
Czy mi się wydaje, czy w podobny sposób powstaje 90% filmów i 100% "biografii" ?
Cóż w tym dziwnego czy zdrożnego ?
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3149 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-09-10, 23:18
Już na wyższe wyżyny elokwencji się nie zdobędę ("Baran" był już moim opus magnum). Mi się w każdym razie wydaje, że jeśli mamy do czynienia w tym wypadku z jakąkolwiek biografią to co najwyżej "paradoksalną" - człowiek, który nade wszystko nie lubił być zaszufladkowany i tak w końcu został "oznaczony", nazwany i określony, bo jest to nieuniknione. Ani w jednym miejscu nie napisałem o tym, że film nawiązuje lub czerpie z innych filmów, pozostaje postmodernizm "czytany", polecam. Czy można prosić o bardziej wyrazisty symboliczny obrazek freedom fightera (może być to zawsze Mel Dżipson*) niż ten, w którym Bronson jest otoczony przez kraty, tak że pozostaje mu może z 10 cm wolności w prawą i lewą (mam taką teorię, że to jest nawet malowidło wykonane przez samego Bronsona przeniesione na ekran)?
Taka to biografia, na opak trochę.
___________
*edit
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1609 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2010-09-11, 07:15
Cytat:
Już na wyższe wyżyny elokwencji się nie zdobędę
Ależ nie musisz, zrobiłeś naprawdę bardzo wiele (co za benedyktyńska cierpliwość), by mnie do tego filmu przekonać, co nieco rozjaśnić i Ci się udało. Teraz patrzę na niego, i na jego bohatera, łaskawszym, innym zupełnie, okiem. Czemu daję wyraz w zakończeniu mego ostatniego postu. Zaczynam go naprawdę doceniać. Może film powinien mieć inny tytuł, żeby się taki przeciętny widz jak ja nie sugerował za bardzo jego dosłownością, że jest to stricte biografia. Może właśnie te "Kraty" (półżart)? No tak,bo idąc twoim tropem, ten film jest jedną wielką metaforą, życia jako więzienia, sztuki jako wyzwolenia, ach czemu na to wcześniej nie wpadłam? Pewnie dlatego, że mnie Bronson wkurzył od samego początku, dlaczego nie dostaliśmy żadnego sygnału, że jest to człowiek nie tylko działający (w filmie wygląda, że na oślep), ale także myślący?
No tak, ale z kolei patrząc na mój podpis " "Ludzie biorą mnie za intelektualistę, chyba dlatego, że noszą okulary" - nie powinno się sądzić po pozorach. Moja wina, moja wina
Cytat:
Ani w jednym miejscu nie napisałem o tym, że film nawiązuje lub czerpie z innych filmów, pozostaje postmodernizm "czytany", polecam.
Ależ nie, nie... Sama miałam pewne skojarzenia.
W każdym razie, dziękuję za dyskusję, to była prawdziwa przyjemność połączona z pożytecznym. Czy może być coś lepszego?
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3149 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-09-12, 20:06
DA napisał/a:
przeciętny widz jak ja nie sugerował za bardzo jego dosłowności ą
DA napisał/a:
Ależ nie, nie... Sama miałam pewne skojarzenia.
Ok. może napisałem, że narracyjnie podobny do mechanicznej pomarańczy, bo rzeczywiście jest - ten film to też taki ciąg 'scen - przedstawień' ilustrujących określone kwestie.
DA napisał/a:
No tak,bo idąc twoim tropem, ten film jest jedną wielką metaforą, życia jako więzienia, sztuki jako wyzwolenia, ach czemu na to wcześniej nie wpadłam?
Jedynie właśnie "tropem", ale w sumie dobrze, że podkreślasz również tą kwestię, bo to na pewno w filmie jest (scena z nauczycielem plastyki z pomarańczą w ustach, jako definicja postmodernistycznej sztuki, dekonstrukcji, tworzenia z gotowych elementów? ). Sam bym jednak możliwości takiego wyzwolenia nie przeceniał i w sumie wcale nie to głównie miałem na myśli. Zdaniem takich pisarzy jak Foucault sprawa wyzwolenia wcale tak łatwa nie jest... Sprawa zniewolenia za to jak najbardziej. Zresztą, polecam właśnie Foucaulta, czyta się świetnie, wcale nie jak "wykłady wielkich mądrych filozofów". Książki co prawda trochę kosztują (sam wypożyczałem swego czasu), ale można znaleźć w oryginale na chomikach albo w ogóle w sieci - masę opracowań.
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1609 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2010-09-13, 08:07
Cytat:
Sam bym jednak możliwości takiego wyzwolenia nie przeceniał i w sumie wcale nie to głównie miałem na myśli. Zdaniem takich pisarzy jak Foucault sprawa wyzwolenia wcale tak łatwa nie jest...
Oczywiście, pisząc "życie - więzienie, sztuka - wyzwolenie" - dokonałam szybkiego uproszczenia. Wiadomo, że z tym wzywoleniem spod zyciowego zniewolenia nie jest tak prosto. Zresztą, widać to było na filmie, ile się Bronson musiał nacierpieć i nagimnastykować, przy tych próbach. W końcu, i tak zawsze kończy w klatce. Jedynie sztuka, przynosi mu jakieś ukojenie, wyzwolenie, głównie w sferze mentalnej. W niej się dopiero naprawdę można wyżyć, poczuć się choć odrobinę wolnym, dzięki puszczeniu wodzów wyobraźni, pod warunkiem, że się ją w ogóle ma.
Niedawno widziałam "Głód' - tam uwięzieni, pozbawieni (na własne życzenie) wszystkiego co mogłoby służyć ich wygodzie, a także zabiciu czasu, dokonują nawet estetyzacji za przeproszeniem "gówna", malując nim na ścianach celi całkiem niezłe "bohomazy". Oczywiście, nie wiadomo do końca, czy nie robili tego także przy okazji realizacji przysłowia "na złość babci, odmrożę sobie uszy", czyli na złość także strażnikom, a przy okazji w ramach autodestrukcji, ale jednak malowali.
Zresztą, nie tylko w więzieniu, w sensie fizycznym, sztuka spełnia swą rolę, ileż to mamy psychoterapii przy jej udziale, czy różnych odkrywanych na starość talentów, wszystko po to by choć na chwilę wyrwać się z zamknięcia.
Oczywiście, dziękuję za polecenie rozmyślań filozofa, może kiedyś sięgnę, żeby ugruntować i podeprzeć fachowo to, do czego dochodzę w bardzo żmudny sposób samodzielnie i chałupniczo (intuicja, doświadczenie - nie tylko moje, uważne czerpanie ze skarbnicy różnych sztuk, rozmów z ludźmi, obserwacje itd.).
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3149 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-09-14, 16:10
DA napisał/a:
Oczywiście, dziękuję za polecenie rozmyślań filozofa, może kiedyś sięgnę, żeby ugruntować i podeprzeć fachowo to, do czego dochodzę w bardzo żmudny sposób samodzielnie i chałupniczo (intuicja, doświadczenie - nie tylko moje, uważne czerpanie ze skarbnicy różnych sztuk, rozmów z ludźmi, obserwacje itd.).
Ależ, trudno wprost uwierzyć, że niczego nie czytałaś, bo z tego, co piszesz to obstawiałbym, że tak. I cieszę się, że zwróciłaś uwagę na aspekt "tworzenia" - sam również wychodzę z tej dyskusji wzbogacony i chyba jeszcze bardziej doceniam "Bronsona". Ten film przedstawia praktycznie wszystkie najważniejsze założenia myśli postmodernistycznej i robi to bardzo ciekawie, w groteskowym, niemal barokowym stylu (aktorstwo, scenografia i zdjęcia stoją w tym filmie na bardzo wysokim poziomie). Wzbogacony o nowe spojrzenie, zamierzam sobie obejrzeć "Bronsona" jeszcze raz, ale przyznam, że się trochę boję.
Jeszcze jedna myśl na koniec, bo myślę, że warto o tym wspomnieć. Do tej pory powoływałem się głównie na M. Foucaulta, gdyż jego opisy represyjnego charakteru kultury, więzienia, szpitala, panowania wiedzo - władzy idealnie streszczają warunki, w jakich działał Bronson w filmie. Swoją drogą, również biografia samego Foucaulta dobrze ilustruje stwierdzenie, że "Tym co odróżnia geniusza od wariata jest osiągnięty sukces". Jego "Nadzorować i karać. Narodziny więzienia" znalazły się wśród 20 najbardziej wpływowych ksiązek socjologicznych XX wieku.
Foucault jest jednak skończonym pesymistą i o procesie twórczym pisze niewiele lub wcale, a przecież istnieją tacy postmoderniści, jak Rorty, zadowoleni z dorobku i kształtu własnej kultury (do tego stopnia, że postulują coś w rodzaju "świecenia dobrym przykładem" w skali globu) właśnie dlatego, że jest ona wobec siebie samokrytyczna, posiada zdolność autorefleksji, dzięki czemu niejako wpisana jest w nią możliwość rozwoju, przyjmowania zewnętrznych elementów, jak również sprzyja dokonywaniu zupełnie nowych odkryć we wszystkich dziedzinach: sztuce, nauce, filozofii, polityce... itd. Powstaje wtedy pytanie czy "akt twórczy" jest tym, co wykracza poza to, co jest dane czy może co najwyżej sprawia takie wrażenie, a tak naprawdę wynika z kodu, jakim posługuje się kultura. Czyli wszystko w porzo - Bronson robi po prostu to, co należy i czego się od niego oczekuje.
_________________ I believe in nothing and I will cut off your Johnson.
Próżnia spada w przepaść
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach