Tym razem nie będzie jakichś moich wielkich uzewnętrznień, bo mam pod ręką doskonałą recenzję, która wprost perfekcyjnie oddaje wyjątkowość nie tylko "Blood Simple", ale chyba w ogóle języka filmowego braci Coen:
Głos spoza kadru w trakcie krótkiego prologu zwięźle zakreśla główne rysy uniwersum przedstawionego w BLOOD SIMPLE („Śmiertelnie proste”). Znajdujemy się w regionie czarnego kina przeformułowanego z miłością kinomana i z wrażliwością na obecny język filmowy. Tak więc „każdy myśli na własne konto”, a obrazy przedstawiają nam cztery indywidua (każde inne, lecz jednakowo opuszczone), cztery zamknięte w sobie, samotne monady. Ujęcia charakteryzuje częsta alternacja planów i kontrplanów oraz szczególna preferencja dla zbliżeń i detali, podczas gdy obecność uspokajających planów ogólnych jest niemal ukryta. To właściwy język ikoniczny dla wyrażenia egzystencjonalnego zagubienia i niemożności porozumienia.
Rozliczne punkty odniesienia w filmie, ironiczne „wymieszanie” w kinematograficznym kontekście, szybko ujawniają swój zwodniczy charakter. Teksas, po tym jak był epickim tłem dla chwalebnych westernów oraz romantyczną dekoracją w PARIS, TEKSAS, staje się piekłem zaludnionym przez jednostki cyniczne i nieokrzesane. Wątek miłosny jest skromniutki i szary, pełen milczenia i nieodwzajemnienia, jakże inny od porywających, namiętnych tonów BODY HEAT („Żar ciała”), także będącego nostalgicznym odwołaniem do czarnego kina; to właśnie do filmu Lawrence Kasdana odsyła obraz Coena, stanowiąc jego zimniejszą i bardziej wypracowaną wersję. Travellingi w stylu Kubricka bezwolnie podążają za bohaterami, prawie wchłoniętymi przez otaczający ich mrok, zamiast wydobywać z niego jasno wyrzeźbione postacie. Odniesienia do Hitchcocka (TORN COURTAIN i oczywiście OKNO NA PODWÓRZE) są włączone w chaotyczną intrygę, nie mającą wiele wspólnego z zegarmistrzowską perfekcją angielskiego mistrza. Wizje senne w stylu De Palmy są potraktowane zwięźle, odwrotnie niż jest to w wypieszczonej, kaligraficznj manierze autora BLOW OUT. Kamera, wykorzystując ruchy typowe dla horroru, operuje w scenerii pozbawionej onirycznej aury, właściwej temu gatunkowi. Gęsta sieć odniesień nie służy tu powierzchownemu cytowaniu, służy raczej manipulowaniu konwencjami i modelami, ich adaptacji do nagiego i brutalnego kontekstu, jakim jest odtworzony świat czarnego kina z leżącym u jego podstaw nihilizmem, z owym bezcelowym błąkaniem się przeklętych postaci, których działania znajdują się poza wszelkim możliwym osądem moralnym. Przedziwny no man’s land.
Każda z postaci ma wizję częściową, niekompletną i nieprawdziwą przebiegu wydarzeń. Każdy spogląda ze swego ograniczonego punktu widzenia, który wydaje się jedynym możliwym. Żadne z tych spojrzeń nie zbliży się w końcu do prawdy, żadne zakończenie nie wyjaśni bohaterom sytuacji. Tylko widz, prowadzony zimnym okiem kamery autora, obserwuje z wysokości skazanych na bolesne rozmijanie się bohaterów i komponując razem ich indywidualne perspektywy odtwarza globalny obraz.
Nie przypadkiem figura niemożliwego przecięcia, ciągłego rozmijania urasta do rangi symbolu całego dzieła, poczynając od napisów czołowych, które eksplodują w „krzyżujących” się światłach samochodowych reflektorów. To nic nie widzące przechodzenie obok, istotne w kluczowych momentach filmu, wyraża na poziomie wizualnym egzystencjalną sytuację bohaterów i ujawnia u Coena cenną zdolność wyrażania tego „stanu rzeczy” w kategoriach czysto filmowych.
W rytm doskonałej muzyki Cartera Burwella reżyser pokrętnie prowadzi kamerę, stosując wspaniały montaż eliptyczny, i daje nam chwilę prawdziwego kina, atakując nasze przyzwyczajenie dzięki połączeniu starego i nowego, czarnego kina i wideoklipów w nową strukturę syntaktyczną. Egzystencjalne zagubienie zanurza się w gładkiej i agresywnej estetyce lat osiemdziesiątych.
„Segnocinema” nr 20/1985
tłum. Jerzy Uszyński
(w:) "FILM NA ŚWIECIE" nr 349 - 350 z 1988 roku
Od siebie może dodam tylko, że "Blood Simple" wcale nie uważam za najlepsze dokonanie braci Coen. Jest to świetny debiut i chyba z późniejszych ich filmów najbardziej podobny do "Fargo". Tam również ten brak porozumienia, rozmijanie się postaci i ich "egzystencjalne zagubienie" było źródłem zła wszelkiego.
_________________ Ja to najbardziej lubię filmy jak ojciec ma syna
Ostatnio zmieniony przez BM 2009-04-28, 20:28, w całości zmieniany 2 razy
Jak na debiut to bardzo dobry film, ale porównujac go do późniejszych dzieł Coenów oczywiście wypada słabiej. Choć z drugiej strony wydaje mi się lepszy niż Arizona Junior. W każdym bądź razie jak każdy z ich filmów ogląda się go super i jest to pozycja obowiązkowa dla fanów Coenów
"Śmiertelnie proste" — debiut braci Coen — to kryminał utrzymany w konwencji noir (czyli neo noir). Klimatem przypomina wspomniane "Fargo" (perfekcyjnie niby zaprojektowana zbrodnia doskonała spala na panewce), ale i również "To nie jest kraj dla starych ludzi" (Teksas, kapelusze, kowbojki, zdeterminowany morderca gania zwykłych ludzi po motelach i barach). Scenariusz jest znakomity. Jak słusznie napisano w cytowanej recenzji, wszyscy bohaterowie miotają się i do samego końca nie mają pełnego obrazu sytuacji, w jaką się wplątali. Każdy próbuje realizować swoje cele, ale właściwie wszyscy ponoszą klęskę. Zresztą nie ma tu właściwie ani jednej pozytywnej postaci. Scen przemocy nie ma aż tak znowu wiele, ale są bardzo sugestywne
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach