Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5233 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-04-18, 19:24 Generał Nil
Generał Nil
reż. Ryszard Bugajski (Polska 2009)
Historia generała Augusta Emila Fieldorfa (pseudonim „Nil”), który, jako dowódca Dywersji AK kierował najważniejszymi akcjami w okupowanej w czasie II Wojny Światowej Warszawie. Dowodził m.in. zamachem na kata Warszawy, generała SS Franza Kutscherę. Niemcy bali się go jak ognia. Generał August Emil Fieldorf, pseudonim „Nil”, był dowódcą Kierownictwa Dywersji AK oraz zastępcą dowódcy Armii Krajowej podczas okupacji niemieckiej, stał także na czele organizacji NIE, przygotowanej do czynnego sprzeciwu wobec powojennego okupanta sowieckiego. Po wojnie i zesłaniu na Syberię, Fieldorf zmuszony jest podjąć grę z Urzędem Bezpieczeństwa. W filmie ukazano brawurowe sceny słynnej akcji AK, w której zlikwidowano dowódcę SS – Franza Kutscherę, jak również z wielką dozą realizmu pokazano okrutne metody przesłuchań i wymuszania zeznań na więźniach Urzędu Bezpieczeństwa. [opis dystrybutora]
Właśnie wróciłem z kina. Przyzwoicie zrobiony film. Taki kameralny trochę ale nie nudził. Nie spodziewajcie się "przebojowości" na poziomie Katynia bo jej tu raczej nie dostaniecie. Spodziewajcie się dobrego dramatu biograficzno - historycznego z niezłym aktorstwem (to dostaniecie na pewno). Warto też zaznaczyć, że film jest dosyć równy - nie ma tu słabizn przeplatanych scenami zwalającymi z nóg, twórcom udało się uniknąć scenariuszowych i fabularnych kiksów. Ciekawa i poruszająca historia generała Fieldorfa może być niezłym kąskiem dla wielbicieli tematów historyczno - patriotycznych (ale nie tylko). Ciekawe jest też tło, sam proces komunizacji Polski, zakulisowych gier z tym związanych, itd. Trzeba przyznać, że dużym plusem filmu jest to, że pokazał generała jako normalnego człowieka (często bardzo pragmatycznego). Nie mamy tu tej tak charakterystycznej dla polskiego kina pompatycznej, niewiarygodnej pomnikowości. Postać zarysowana jest bohatersko ale zupełnie po ludzku. Jest to też jeden z nielicznych filmów, w którym wprost dotknięto pewnych (ze względu na polityczną poprawność) drażliwych spraw związanych z masowym uwikłaniem Żydów w komunistyczny aparat bezpieczeństwa. Widzimy też, że bez masowego udziału Polaków tego systemu nie udało by się zbudować. Bardzo podobało mi się obsadzenie postaci drugoplanowych (ten rzeźnik od wyrywania paznokci - masakra). Ogólnie nie zawiodłem się. Polecam.
Wiek: 25 Dołączyła: 17 Lis 2008 Posty: 2093 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-04-18, 19:52
Mocny film, muszę przyznać. Po wyjściu z kina jeszcze przez jakiś czas ciężko mi było wyjść z jakiegoś dziwnego, przygnębiającego nastroju, który mnie ogarnął na seansie. Nacisk położono właściwie przede wszystkim na powojenną historię generała, jego podokupacyjnej działalności jest tam raczej niewiele (poza Kutscherą), ale historia jego gry z UB przedstawiona jest realistycznie i naprawdę wyraziście. Nie jest to - faktycznie - efektowne kino wielkiego formatu, raczej kojarzy mi się z ciężkimi dramatami z Jandą w roli głównej, ale w niczym to "Generałowi" nie szkodzi, a wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że buduje atmosferę.
Film ma naprawdę dobre momenty, jak np.:
Spoiler:
Rozmowa Fieldorfa z Michałem w pociągu, kiedy generał opowiada chłopakowi, po co wracają do Polski; ta scena w Białej Podlaskiej, kiedy radosny żołnierz mówi "witajcie, obywatelu w Polsce! Tutaj się wami zaopiekujemy!" czy scena konfrontacji Fieldorfa z tym ss-man'em w celi więziennej, kiedy Niemiec mówi, że "teraz powieszą nas obydwu. Za ten sam paragraf."
Dobry film. Taka laurka, ale czy to źle? Bugajski, autor kultowego "Przesłuchania" mnie nie zawiódł. Generał to z jednej strony zwykły człowiek, mąż i ojciec etc., z drugiej ma świadomość obowiązku, jaki na nim ciąży z racji zasad, kodeksu honorowego etc. Przecież do ostatniej niemal chwili komuniści chcieli go skaptować, mógłby zostać drugim Piaseckim i ocalić skórę, a wybrał wierność zasadom. Nóż się w kieszeni otwiera przy takiej scenie np. odczytania wyroku śmierci z paragrafu o "wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy i zdrajców narodu polskiego". No i jeszcze mądrale od Michnika mają czelność pisać, że "TAKIE TO BYŁY TRUDNE CZASY, INNEJ POLSKI NIE MOGŁO BYĆ". No oczywiście, więc w imię tego należało sfingować procesy i de facto wymordować kilkadziesiąt tysięcy polskich patriotów z AK/WiN, NSZ i innych oddziałów. A teraz nie ma już kogo za to osądzić, bo wszyscy nie żyją, a jak już żyją, to procesy się ciągną latami i nie kończą się wyrokiem. Wkurwiają mnie historie z tamtych lat bardzo. Tym, którym się podobał Generał Nil polecam także książkę Mateusza Wyrwicha "W celi śmierci" - zbiór wywiadów z tymi, którzy dostali "kaesa", ale udało im się przetrwać do amnestii w 1956, a także spektakl teatru TV pt. "Inka 1946. Ja jedna zginę" (całość jest na Youtube), poświęcony sanitariuszce z oddziału majora "Łupaszki", która również padła ofiarą mordu sądowego - w momencie wykonania wyroku nie miała nawet 18 lat.
W filmie Bugajskiego podobało mi się też to, o czym pisze BM - ukazanie, że wielu funkcjonariuszy państwa organizowanego przez komunistów było Żydami. Temat to wstydliwy i przemilczany, a jeśli już ktoś o tym coś powie, zaraz odzywają się głosy, że no dobrze, ale w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego (=UB) było tylko 17% Żydów. Być może, ja nie liczyłem, ale warto zwrócić przy tym uwagę, że te 17% to były niemal wszystkie stanowiska kierownicze, poza ministerialnym, bo Radkiewicz akurat nie był starozakonny no i ci polscy komuniści...skorumpowane chamy i prymitywy, jak chociażby Bierut (chociaż wg tezy prof. Wieczorkiewicza to prawdziwy Bierut już wtedy nie żył, zabity przez zamachowca w 1947 - to miałby być jego sobowtór)
Świetna postać ten Nil, prawdziwy bohater. Ciekawe, jak większość dzisiejszych autorytetów moralnych pretendujących do miana elity narodu by się zachowała w podobnej sytuacji. Tym bardziej przykre, że przeciętny Polak nigdy nie słyszał o Generale...w szkole wbija mu się za to do głowy czołobitny szacunek wobec...a zresztą.
Wiek: 20 Dołączył: 09 Maj 2010 Posty: 11 Skąd: Gniezno
Wysłany: 2010-05-09, 22:21
Prawdopodobnie każdy kraj ma swoją oś tematyczną, wokół której oplatają się kolejne kilometry taśmy filmowej i choć może się to wydawać monotematyczne, to okazuje się to nie być wystarczającym powodem by zaprzestać tej polityki. W myśl tego, USA serwuje nam mnóstwo filmów ukazujących ponure życie amerykańskich nastolatków, z których prawie każdy ścigany jest przez seryjnego mordercę, który w finałowym akcie nadaje nowe znaczenie słowu „masarnia”. Japończycy nie ustają w kręceniu kolejnych filmów o Godzilli, radośnie nie przejmując się faktem, że Tokio powinno już dawno przestać istnieć, zważając na to, ile razy wspomniany potwór je zburzył. Brytyjczycy karmią nas humorem, który tylko oni potrafią zrozumieć (co ma jednak pewien urok), podczas gdy my, Polacy, postawiliśmy na uczepienie się tematyki patriotycznej, rozciągniętej na przestrzeni wieków. W ten oto sposób naszą podróż przez polską kinematografię rozpoczynamy przy nieśmiertelnym Kmicicu, a kończymy na charyzmatycznym generale NILu.
Przyznam uczciwie, że za polskimi filmami nie przepadam i uważam, że rzadko kiedy można natrafić na perełkę, do której chciało by się po jakimś czasie wrócić, zamiast zadręczać się myślami, że oto zmarnowało się dwie godziny życia. Drażni mnie twierdzenie, że o niektórych filmach nie wypada mówić źle, z uwagi na ich tematykę. Uważam jednak, że film jest filmem, a przedstawiona w nim problematyka jest tylko jedną z części, z której jest on zbudowany. Dlatego nie rozumiem też, dlaczego narobiono tyle szumu wokół filmu „Katyń”, podczas gdy „Generał NIL” przetoczył się przez kina bez większego echa. Nazwisko reżysera to jeszcze nie wszystko by przekonać do siebie widza. Na szczęście, obraz Ryszarda Bugajskiego idealnie pokazuje, że nie trzeba być sławnym na pół świata, by nakręcić dobry film. Polski, na dodatek!
Na omawiany film szedłem do kina bez większych nadziei, nastawiony sceptycznie, odpowiednio do wieku. Warto również dodać, że główny bohater filmu był dla mnie postacią zupełnie obcą, jednak nie byłem pewien, czy niewiedza ta wynikała z dziury w programie nauczania czy może z mojego braku zainteresowania konkretną lekcją. Zgodnie z ludzką naturą, postawiłem na tę pierwszą alternatywę, a jakże. Już po paru minutach filmu moje nastawienie nieco się zmieniło: po kilku początkowych dialogach dotarło do mnie, że Olgierd Łukaszewicz stworzył świetną, naturalną kreację granej postaci, przelewając w nią życie, którego tak często brakuje bohaterom filmów. Kunszt aktorski odtwórcy postaci Fieldorfa widać przez cały film: widz śmieje się wtedy, kiedy ma się śmiać i jest poważny wtedy, kiedy ma być poważny. Mimika, gesty i dialogi są dobrze wyważone, a to bardzo ważne, skoro najbliższe dwie godziny ma się spędzić wpatrując się w rzeczoną postać. Bugajski odrobił pracę domową i pozostałych aktorów również dobrał z rozwagą, odpowiednio by grane przez nich postacie były postrzegane jako nowe, a nie opatrzone łatkami swych poprzednich ról. Język jakim posługują się postacie jest odpowiednio wyważony, tak by nie był natarczywy, ani przesadnie pobłażliwy; dodaje to filmowi realizmu, widz nie musi sobie dopowiadać tego, co cenzura by usunęła (dodatkowo, mimowolnie nasuwa się myśl, że gdyby nie tacy ludzie jak Fieldorf, z pewnością było by inaczej).
Skoro już mowa o realizmie słowa, grzechem byłoby nie wspomnieć o realizmie obrazu. Reżyser postanowił nie bawić się w etyczne okrajanie swego dzieła i zawartych w nim scen, dlatego też „Generał NIL” obfituje w sceny brutalne. I bardzo dobrze, bo gdyby było inaczej, nowe pokolenia kodowałyby sobie, że przedstawiony w filmie okres nie był taki zły, jak mówią im podręczniki. Myślę, że terapia wstrząsowa jest tu jak najbardziej na miejscu, bo pomaga ona w pełni zrozumieć charyzmę, odwagę i patriotyzm bohaterów, a warto to wszystko podkreślić, choćby kosztem kilu nieprzespanych nocy wypełnionych koszmarami o wyrywaniu paznokci, czy oblewaniu lodowatą wodą. Jako że w filmie pojawia się duża ilość drugo i trzecioplanowych postaci, pojawiła się możliwość dokładniejszego ukazania zjawisk zakłamania, propagandy, zastraszenia i prowokacji które cechowały czasy współczesne Emilowi Fieldorfowi. „To dobrze”, chciało by się rzec, jednak jakby nie patrzeć, tytuł filmu brzmi „Generał NIL”, nie zaś „Generał NIL i socjalistyczna Polska”; w miarę upływu kolejnych minut, widz ma wrażenie, że początkowa chęć jak najbliższego przedstawienia bohatera zostaje przyćmiona przez chęć wglądu na tamte czasy. Sęk w tym, że to wszystko już było, a mamy tu przecież do czynienia z filmem poniekąd biograficznym, dlatego mnóstwo scen połowicznie związanych z głównym bohaterem można by się z powodzeniem pozbyć, na rzecz przybliżenia samej postaci. Ówczesna władza zadbała o to, by o Fieldorfie zapomniano, dlaczego więc film bardziej przypomina o tej władzy, aniżeli o samym NILu?
Nie znaczy to jednak, że Emil Fieldorf jest całkowicie zepchnięty na drugi plan; Bogu dzięki, Bugajski zdecydował się na przedstawienie go jako człowieka, nie zaś jako herosa rodem z działa Homera. Widzimy tu zatem rozbieżność między Fieldorfem wiodącym życie zwykłego człowieka, a Fieldorfem-patriotą, który nie waha się umrzeć za swoją ojczyznę. Zbędnej gloryfikacji nie ma – NILowi oddano hołd za to, za co należało mu hołd oddać, a i to wystarczy, by ukazać nam archetyp człowieka, jakiego w obecnych czasach należałoby szukać metodą iście diogenesowską. Tu ponownie daje o sobie znać świetna rola Łukaszewicza – najlepsze momenty to te, w których NIL nic nie mówi – wyraz jego twarzy potrafi mówić za siebie, udręczone rysy spoconego oblicza krzyczą, a to przemawia najbardziej.
W „Generale NILu” można również znaleźć kilka scen, tak zwanych „smaczków”, które nie zostają widzowi wyjaśnione – podlegają jego osobistej interpretacji. Zastosowanie tej, niepełnej wprawdzie, koncepcji otwartej również działa na plus – po wyjściu z kina, widz wraca pamięcią do tych scen i myśląc o nich, ciągiem skojarzeń przypomina sobie cały film. Iście mistrzowski zabieg, nawet jeśli nie został zastosowany celowo.
„Przed generałem NILem, baczność!” – krzyczą współwięźniowie głównego bohatera pod koniec filmu (w momencie tym ma miejsce naprawdę genialne w swej prostocie ujęcie kamery) i rzeczywiście, aż ma się ochotę posłuchać tego rozkazu – szybkie przejście od spokojnych scen w zimną, brutalną rzeczywistość egzekucji wstrząsa na tyle, że gdy ciemności kina zostały rozdarte światłem, a po ekranie przewijały się białe napisy, jeszcze przez chwilę nikt nie ruszył się z miejsca. Zostańmy więc, jako naród, przy tematyce patriotycznej, jako że kręcenie takich filmów wychodzi nam coraz lepiej. Świadczy o tym zwłaszcza fakt, że wiele scen było nakręconych w nowatorski w Polsce sposób, tak, że niekiedy sam miałem poczucia zacierania się granicy między rodzimą, a zagraniczną kinematografią.
_________________ The rest is not real, but that is a lie.
Beneath me I see the falling sky.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach