Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5335 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-03-26, 18:50
FilmWeb napisał/a:
Czytelnia FILMu: Wywiad z Darrenem Aronofskym
W kioskach w całej Polsce pojawił się kwietniowy numer Waszego ulubionego magazynu "Film". Tymczasem w czytelni miesięcznika na Filmwebie jak zawsze prezentujemy najciekawsze teksty z bieżącego wydania. Zaczynamy od wywiadu z reżyserem Darrenem Aronofskym, którego "Zapaśnik" w zeszły piątek zadebiutował w polskich kinach. Miłej lektury!
Wspólną cechą moich filmów jest moja niezmienna fascynacja ludzkimi uzależnieniami. Z obsesji rodzi się i geniusz, i szaleństwo. To mnie kręci – mówi "Filmowi" znakomity reżyser, którego "Zapaśnik" z wielką rolą Mickeya Rourke jest już od 20 marca na polskich ekranach.
Mariola Wiktor: Ty i wrestling. Nie podejrzewałam cię o takie zainteresowania…
Darren Aronofsky: (śmiech) Nigdy nie byłem i nie jestem fanem wrestlingu! Choć zdarzyło mi się raz w dzieciństwie pójść na taki pokaz do Madison Square Garden z moim tatą. Pamiętam, że zachrypliśmy od głośnych okrzyków dopingu. To było wtedy, gdy Tony Atlas podniósł do góry Hulka Hogana, obrócił się z nim powoli i cisnął go z całej siły na linki oplatające ring. Ta scena zapadła mi w pamięć. To było na początku lat 80., jeszcze na długo przed erą hulkmanii. Potem, w latach 90., to był fenomen, niezwykle popularna w Ameryce masowa rozrywka. Coś jakby przeniesienie antycznych walk gladiatorów w czasy współczesne. Mimo to kino jakoś nie dostrzegało we wrestlingu poważnego tematu na film. Owszem, nie brakowało filmów o boksie i jego legendach, ale nie o wrestlingu. I to mnie zastanowiło. Kiedy w 1993 roku kończyłem szkołę filmową, zapisałem sobie dziesięć tematów, które zainteresowały mnie i uznałem, że warto byłoby je zekranizować. Jeden z nich nosił tytuł "Zapaśnik". Kiedy po latach pojechałem na arenę na dokumentację, zobaczyłem mocno sfatygowane legendy, na które niegdyś sprzedawano po 50 tysięcy biletów. Dziś to już wraki, które narażają swoje zdrowie oraz życie za 200-300 dolarów za występ. Nie mają pensji, ubezpieczeń, związków zawodowych. Uznałem, że to fascynujący temat.
MW: Zaskoczyłeś nie po raz pierwszy, zresztą nie tylko wyborem tematu, ale i formą, która nie ma nic wspólnego ani ze "Źródłem", ani z "Requiem dla snu", ani z "Pi".
DA: Tak. Faktycznie trudno jest porównywać te filmy ze sobą, biorąc pod uwagę ich stronę wizualną, gatunki, środki ekspresji. Zarówno "Pi", jak i "Requiem dla snu" potraktowałem jako ćwiczenia w filmowaniu subiektywnym. Używając rozmaitych technik montażu, kadrowania, filtrów, zestawień szokujących obrazów, usiłowałem fizycznie pokazać na ekranie stany emocjonalne, to, co dzieje się w głowach moich bohaterów, a więc sprowadzić wszystko do bardzo osobistego, subiektywnego postrzegania rzeczywistości, fantazjowania na jej temat. Język kina świetnie się do tego nadaje. Inna sprawa, że musiałem tak kombinować także z powodu niewielkiego budżetu. "Źródło" wprowadza w kompletnie inny świat. To melodramat fantastyczny, którego akcja rozgrywa się w różnych planach czasowych. Uznałem, że to wymaga totalnej zmiany stylu. Z kolei "Zapaśnik" to chwilami czysty dokument. Jednak wspólną cechą tych wszystkich tak różnych filmów jest moja wciąż niezmienna fascynacja ludzkimi uzależnieniami. Z obsesji rodzi się i geniusz, i szaleństwo. To mnie kręci. W "Pi" mamy bohatera, który desperacko próbuje odnaleźć wzór matematyczny, w "Requiem dla snu" chciałem pokazać, że nałogiem może stać się wszystko: narkotyki, odchudzanie się, operacje plastyczne, alkohol, a nawet "American dream". W "Źródle" bohater uzależnia się od swoich marzeń o nieśmiertelności, a w "Zapaśniku" mamy obsesję na punkcie wrestlingu, w którym leje się krew, a zawodnicy naprawdę masakrują swoje ciała, bo to "dobra" rozrywka, a oni czują się powołani do jej dostarczania.
MW: Czy nie jest tak, że po wyczerpującej, pełnej rozmachu, ale i stresującej produkcji, jaką okazało się "Źródło", dla odmiany zapragnąłeś filmu skromnego, w którym miałbyś o wiele więcej wolności?
DA: To nie tak! Do każdego filmu, bez względu na to czy ma duży, czy mały budżet, dobre lub gorsze przyjęcie, jest trudny i niesie nowe wyzwania, podchodzę z tą samą pasją. Realizując tak różne filmy, nieustannie się rozwijam, uczę się nowych rzeczy, zachowuję elastyczność, gotowość do zmian, otwartość. Lubię zmieniać ekipy, tematy, stylistyki, krąg widzów. Sam stawiam sobie wyzwania i to jest bardzo podniecające. Gdybym całe życie miał kręcić tylko takie filmy jak "Requiem dla snu", to dałbym sobie spokój. Próbowanie nowych rzeczy daje mi wiele radości, choć trudniej wtedy o zdobycie budżetu. Producenci, widzowie i krytycy lubią, niestety, reżyserów z etykietami. Kiedy mówiłem, że chcę zrobić film o wrestlingu i zaangażować Mickeya Rourke, to wszyscy pukali się w czoło. Poza tym, po "Źródle", gdzie aktorzy byli jednym z wielu elementów wielkiego widowiska i cały czas musieli bardzo kontrolować swoją grę, zamarzył mi się film aktorski, kameralny, pełen zbliżeń na twarze bohaterów. Bez odwracania uwagi trickami i efektami specjalnymi.
MW: Czy Mickey Rourke to był od początku twój jedyny wybór?
DA: Kiedy po raz pierwszy zaświtała mi taka myśl, by zrobić film o wrestlingu, wtedy, gdy kończyłem szkołę, nie miałem nikogo konkretnego na uwadze. Zresztą to był czas, kiedy Mickey zniknął z ekranów kin, by poświęcić się boksowi. Dopiero po latach, gdy skończyłem "Źródło", uznałem, że rola Rama jest stworzona dla niego. Trochę naiwnie myślałem, że skoro uprawiał boks, to świetnie da sobie radę we wrestlingu. Tymczasem okazało się, że on tego nie znosi. Tutaj nie ma walki i tych wszystkich reguł, jak w boksie. Jest za to teatr, choreografia, liczy się efekt, show. Im bardziej brutalnie, tym lepiej. Mickey, chociaż pochodzi z rodziny o tradycjach kulturystycznych (jego ojciec był atletą) i całe życie dużo ćwiczył na siłowni, nie miał takiej masy ciała, jakiej wymaga wrestling. Musiał przybrać na wadze kilkanaście kilogramów, zwiększyć masę mięśniową. Ćwiczył przez pół roku dwa razy dziennie. W jego wieku i stanie to był naprawdę ogromny wysiłek. A mimo to nikt nie chciał sfinansować filmu z Rourke.
MW: Dlaczego?
DA: W przeszłości Mickey był postrachem chyba wszystkich reżyserów i ekip. Wszczynał burdy na planie, bił ludzi, pojawiał się razem ze swoimi nieznośnymi pieskami, często przychodził naćpany albo pijany. Bywało, że nie pojawiał się w ogóle albo znikał w najmniej stosownym momencie, narażając ekipę i producentów na straty. Ja jednak wiedziałem, że jest w takim momencie swojego życia, że tym razem, po 12 latach terapii, nie nawali. Bo to jego wielka szansa powrotu do zawodu, która prawdopodobnie się nie powtórzy. Już wcześniej w "Sin City" zaryzykował Robert Rodriguez i Mickey spisał się znakomicie, ale nawet to nie był argument dla studiów filmowych. W desperacji myślałem nawet o zaangażowaniu Nicolasa Cage’a. Na niego producenci zgodziliby się chętnie, ale sam Cage, który prywatnie przyjaźni się z Mickeyem, wspaniałomyślnie zrezygnował. Tak jak ja czuł, że to może być rola życia dla Mickeya. Ostatecznie udało nam się zebrać na film jedynie sześć milionów dolarów. Dla porównania: "Źródło" w ostatecznej, okrojonej wersji kosztowało ponad 30 milionów. Powiedziałem wtedy Mickey’emu, że zagra tę rolę, ale za darmo. I jeśli zrobi wszystko to, co mu powiem, to jego wysiłek zostanie zauważony. Nie obiecywałem mu Oscara, ale czułem, że on na tym filmie może wypłynąć w wielkim stylu. Chwilę milczał, a potem powiedział: "Ok. Wchodzę w to".
MW: Mam uwierzyć, że stał się potulny jak baranek?
DA: Po tym, jak wiele dał z siebie na siłowni, wiedział, że nie może tego rozwalić. Naprawdę do końca potrafił się zdyscyplinować. Jeśli miałem z nim problem, to dotyczył dość prozaicznej sprawy. Otóż Mickey upierał się jak osioł, bym w zdjęciach poza ringiem pozwalał mu nosić ciemne okulary słoneczne. W końcu wytłumaczyłem mu, że ludzie przychodzą do kina, płacą pieniądze po to, by zobaczyć jego oczy, twarz, jak reaguje. Ten szczegół dość dobrze oddaje pewien ważny rys jego osobowości. Prywatnie to jest facet, który ze względu na swoją posturę i bokserską przeszłość wywołuje skojarzenia z silnym, twardym macho. Tymczasem w środku Mickey jest szalenie kruchy, emocjonalny, delikatny. Za ciemnymi okularami po prostu czuje się bezpieczniej.
MW: Jesteś jednym z najoryginalniejszych reżyserów, twoje filmy obsypywane są nagrodami, a jednak ciągle masz, jak sam mówisz, problemy z ich finansowaniem. Może jednak w tym szaleństwie jest metoda?
DA: (śmiech) Dokładnie. Ograniczenia finansowe wyzwalają pomysłowość. Kiedy okazało się, że budżet "Źródła" będzie o połowę mniejszy, niż początkowo planowaliśmy, kosztowne efekty komputerowe zastąpiliśmy fotografiami reakcji chemicznych. Oczywiście, odpowiednio "podretuszowanych". Wyszło to filmowi o tyle na dobre, że nawet gdybyśmy mogli skorzystać z obrazów generowanych komputerowo, to widz odniósłby wrażenie, że ogląda świat zbyt perfekcyjny, a więc sztuczny. A tego nie chciałem. W przypadku "Zapaśnika" nie mogłem sobie pozwolić na wynajęcie wielkiej hali, w której odbywały się pokazy. Dlatego po prostu robiliśmy zdjęcia podczas walk z udziałem najprawdziwszych mistrzów i ich fanów. To samo z supermarketem, do którego trafił Ram, by zarobić na życie. Nie stać nas było na wynajęcie obiektu i zaangażowanie statystów. Tak więc Mickey rzeczywiście kroi, waży i sprzedaje mięso przypadkowym klientom. Zdaje się, że mocno naraziliśmy się menadżerowi supermarketu, kiedy zauważył, że Mickey wyciera nos w rękawiczki, w których podaje mięso, ale to był cały Mickey, a właściwie Ram, kompletnie niedopasowany do roli sprzedawcy. W ten sposób film zyskał walor autentyzmu, nabrał cech niemal dokumentalnej rejestracji.
MW: Aż się boję zapytać, czym nas teraz zaskoczysz?
DA: Znów pracuję nad kilkoma projektami jednocześnie, ale coraz bardziej ekscytuje mnie myśl o realizacji filmu o Arce Noego. Czy znasz bardziej sławny statek niż Titanic? To właśnie biblijna Arka. Coraz częściej mówi się ostatnio o kryzysie nie tylko finansowym, ale i ekologicznym, duchowym oraz o zbliżającym się końcu świata.
MW: To uważaj, bo może nie zdążysz zabrać się za i na tę Arkę, zwłaszcza że, o ile wiem, najpierw powstanie komiks.
DA: W przypadku "Źródła" też najpierw był komiks, a dopiero potem film. Ja interesuję się przypadkiem Noego już od dawna. Jako młody chłopak wygrałem nawet konkurs na wiersz o końcu świata, tak jak to widział Noe. Można powiedzieć, że był pierwszym ekologiem. Uprawiał winorośl, hodował zwierzęta. Ten temat wydaje mi się na czasie ze względu na analogie choćby do ekologicznej apokalipsy, czyli skutków efektu cieplarnianego, który zagraża naszej biednej Ziemi. Na pewno nie będzie to film konwencjonalny. Nie rozumiem, dlaczego wszyscy reżyserzy, którzy brali dotychczas na warsztat tę biblijną przypowieść, pokazywali ją w konwencji komediowej. To według mnie dość mroczna historia, chociaż nie zamierzam robić horroru. Jeśli już, to raczej kino fantastyczne, coś w rodzaju "Władcy Pierścieni".
Wiek: 26 Dołączyła: 17 Lis 2008 Posty: 2103 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-03-26, 23:25
BM napisał/a:
To samo z supermarketem, do którego trafił Ram, by zarobić na życie. Nie stać nas było na wynajęcie obiektu i zaangażowanie statystów. Tak więc Mickey rzeczywiście kroi, waży i sprzedaje mięso przypadkowym klientom. Zdaje się, że mocno naraziliśmy się menadżerowi supermarketu, kiedy zauważył, że Mickey wyciera nos w rękawiczki, w których podaje mięso, ale to był cały Mickey, a właściwie Ram, kompletnie niedopasowany do roli sprzedawcy. W ten sposób film zyskał walor autentyzmu, nabrał cech niemal dokumentalnej rejestracji.
Za to lubię Aronofsky'ego. Nie ma kasy? To dobrze, będzie weselej.
"Darren postawił przede mną wyzwanie" - Powracający aktor opowiada, jak Darren Aronofsky i rola w filmie The Wrestler zmieniły jego życie.
Movies Online: Nie zabrałeś dzisiaj swojego psa...
Mickey Rourke: Nie, nie. Ona ma już 16 i pół roku. Dlatego musiałem wybrać miejsce, by być blisko niej. Teraz leży na górze i odpoczywa.
MO: Ostatnio, gdy była z Tobą, miło spędziliśmy czas...
MR: Tak, ale teraz jest już dużą dziewczynką. Miała wylew i cierpi na "syndrom starego psa". Muszę obchodzić się z nią delikatnie.
MO: Co sprawiło, że zgodziłeś się wziąć udział w tym projekcie i jak Ci się pracowało z Darrenem Aronofsky'm?
MR: Hm... Główną rzeczą, która sprawiła, że zdecydowałem się na "Zapaśnika" była możliwość pracy z tak niesamowitym reżyserem. W ciągu mojej kariery mógłbym takich policzyć na palcach jednej ręki. Darrena mógłbym wymienić w ścisłej czołówce reżyserów, w jednym rzędzie z Coppolą, Cimino, Andrianem Lyne'm i innymi. Ludzie tacy jak Darren zdarzają się raz na 30 lat. Rysuje się przed nim wspaniała kariera i szansa na przełamanie niektórych konwenansów w sposobie kręcenia filmów.
Lubię w nim to, że nie kręci filmów po to, aby zarobić. Pieniądze pozwala zarabiać swojej żonie. Nie idzie na kompromis, jest profesjonalistą i dużo bardziej inteligentnym człowiekiem niż my wszyscy. Domyślam się, dlaczego chciał mnie do tej roli. Nie trzeba być geniuszem, by to zrozumieć. On naprawdę walczył o to, żebym dostał tę rolę, wykazał się dużą odpornością i nie odpuszczał walki o moją osobę. W pewnym momencie ja sam już zwątpiłem, a on mimo tego starał się, abym z nim pracował. I dopiął swego.
Na samym początku najbardziej bałem się spotkania z nim. On jest bardzo bezpośredni. Nie idzie na kompromis z nikim i niczym, co napotka w życiu. Uważa siebie za człowieka liberalnego, otwartego na innych, ale tak naprawdę to on jest kapitanem i on stoi za sterami statku. Kiedy wskaże na Ciebie palcem, nie dopuszcza myśli, że możesz mu przerwać. Dzięki Bogu, nie spotkaliśmy się 15 lat temu (śmiech). Gdyby wtedy ktoś mnie zapytał, czy wystąpiłbym w tej roli, odparłbym bez wahania ze tak. Ale potem pewnie bym to przemyślał i odpowiedział mu, żeby się ode mnie odwalił...
Daren jest na tyle inteligentny i ma w sobie na tyle wyczucia, że kiedy musieliśmy kręcić naprawdę mocne i emocjonalne sceny, jak te z Evan, on potrafił wydobyć ze mnie wszystko co najlepsze tylko ze mną rozmawiając. Jako aktor miałem już wypracowane swoje własne nawyki. I on w to nie ingerował. Ale pokazywał mi pewne szczegóły, dzięki którym poprzeczka podnosiła się coraz wyżej. Mówił do mnie w taki sposób, jaki Vince Lombardi (legendarny trener futbolu amerykańskiego) motywowałby gracza, któremu do przebiegnięcia zostały dwa jardy: "No, jeszcze tylko dwa jardy", rozumiesz? I naprawdę byłem tym usatysfakcjonowany. To było jak rywalizacja. W pewnym sensie to było dla mnie duże wyzwanie.
Pamiętam, gdy pewnego razu występowałem w walce bokserskiej. Nie szło mi najlepiej, z każdą chwilą narastały we mnie wściekłość i poczucie bezradności. Kiedy wróciłem do narożnika mój trener Freddy Roach powiedział coś do mnie, po czym walnął mnie w twarz. Wtedy znów byłem gotowy wyjść na ring i dokończyć robotę, bo nie miałem innego wyjścia. Z Darrenem jest to samo. Musisz iść naprzód i nie oglądać się za siebie. Jednak jest to możliwe tylko wtedy, gdy ufasz swojemu reżyserowi i go szanujesz. On zyskuje u mnie coraz więcej respektu każdego dnia. Czuję, że dobrze się nawzajem rozumiemy.
MO: Jak Ci się pracowało z Evan Rachel Wood?
MR: Kiedy zaczęliśmy razem pracować między nami od razu coś zaskoczyło i szybko okazało się, że to szalenie utalentowana dziewczyna. Jak dla mnie jest najlepszą aktorką z jaka kiedykolwiek grałem. I wyobraź sobie, że bardzo długo nie znalem nawet jej imienia. Po prostu pracowaliśmy razem, a przedstawiliśmy się sobie dopiero po tygodniu albo dwóch. Ale i tak nie mogłem zapamiętać jej imienia.
MO: Co było najtrudniejsze w czasie kręcenia filmu?
MR: Najcięższą rzeczą było przygotowanie fizyczne, aby zbliżyć się sylwetką i wyglądem do wrestlerów, bo ci goście są po prostu ogromni. Przed rozpoczęciem treningów ważyłem około 100 kg i w czasie przygotowań przybrałem na wadze jakieś 13 kilogramów w ciągu sześciu miesięcy. Wymagało to bardzo dużego wysiłku. W pewnym momencie czułem się tak wypruty, jakbym nakręcił na siłowni przynajmniej trzy filmy. Nie było nawet krzeseł, żeby odpocząć. Każdy harował po 17 godzin dziennie. Pamiętam jak musiałem wstawać rano, po 4-5 godzinach snu. Spieszyliśmy się, trzeba było szybciej kręcić więcej scen. Nie mogłem wstać z łóżka. Trener musiał mnie z niego wyciągać, bo moje nogi i plecy odmawiały posłuszeństwa. To było okrutne, naprawdę ciężkie, zresztą nie tylko dla mnie. Także dla operatora kamery, nieustannie stojącego u boku Darrena. Nikt nie spał, nikt nie odpoczywał i każdy poświęcał swój tyłek dla tego faceta.
MO: Przezwyciężyłeś wiele trudności w swoim życiu. Jak się czujesz będąc z powrotem na szczycie?
MR: Wiesz, jeszcze podczas festiwalu w Wenecji nie mieliśmy nawet dystrybutora, więc nie wyglądało to za różowo. Tam odnieśliśmy pierwszy sukces i wydawało mi się, że będzie o nas głośno maksymalnie przez klika dni, ale nigdy nie myślałem, że to zajdzie aż tak daleko. Kiedy pojawiliśmy się w Toronto ludzie byli bardzo pozytywnie nastawieni do naszego filmu, recenzje były również pozytywne. Nie byłem tym jakoś specjalnie zaskoczony. To trochę dziwne, ale po 10 latach życia na marginesie i braku pracy pomyślałem sobie, że nie mam ochoty na życie, które wiodłem wcześniej. Nie będąc kimś wolałem wrócić do Miami i wziąć każdą pracę, która wpadnie mi w ręce. Na szczęście po Sin City drzwi lekko się dla mnie uchyliły, a ja to wykorzystałem.
Jestem naprawdę szczęśliwy, że dostałem drugą szansę, ponieważ wiem, że zmarnowałem ostatnie 15 lat. Żałuję tego. Wcześniej nie byłem w stanie się zmienić. Nie miałem okazji pracować z kimś, kto, uświadomiłby mi dlaczego zmarnowałem wszystko, co do tej pory wypracowałem. Pracowałem ciężko i starałem się być najlepszym aktorem, jak wtedy, gdy byłem w Actors Studio. Teraz, kiedy myślę o tym okresie, wracają stare wspomnienia i niezabliźnione rany. W takich momentach zadajesz sobie pytanie, co stało się z moim życiem. Lecz zamiast przynieść ulgę, odpowiedź sprawiła, że poczułem w sobie złość.
MO: Czy grając Randy'ego były momenty w których czułeś dyskomfort?
MR: Było wiele takich momentów. Pamiętam jak raz usiadłem naprzeciwko Darrena, spojrzałem na niego, słuchałem jego monotonnego głosu i obserwowałem go. Darren jest naprawdę inteligentnym facetem i czułem, że chciałby, aby ktoś go docenił. Dobrze rozumiem, dlaczego chciał, abym to właśnie ja dostał tą rolę. Wiedziałem, że będę musiał odwiedzić ponownie kilka naprawdę ciemnych i bolesnych miejsc z mojej przeszłości. Tak naprawdę odżyłem, gdy okazało się, że na moje miejsce znaleźli kogoś innego. Początkowo pomyślałem sobie tak: "nie ma sprawy, wezmę rolę w jakimś gównianym filmie, za którą dostanę 10 razy tyle niż to, co mi tu oferujecie". Na szczęście w tym momencie zadziałała druga półkula mojego mózgu, która uświadomiła mi, że to jest szansa na pracę z kimś naprawdę dobrym. Uważam, że w roli, którą odgrywam jest dużo tego, co istniało wówczas we mnie: desperacja i beznadziejna sytuacja w jakiej znajduje się bohater.
Wiesz, od 20 lat moim dobrym przyjacielem jest Bruce Springsteen, ale do momentu zakończenia filmu nie rozmawiałem z nim od jakichś 13 lat. Kiedy było już po wszystkim napisałem do niego list, bardzo długi list - opowiedziałem mu jak bardzo szczęśliwy się czuję, wreszcie zszedłem na ziemię i o tym, że wreszcie znalazłem kogoś, kto pokazał mi dlaczego tak przeżyłem przeszłość, dlaczego reagowałem tak a nie inaczej, skąd wzięło się we mnie tyle gniewu i poczucia izolacji, dlaczego byłem tak nieodpowiedzialny i nie martwiłem się o konsekwencje - i dlaczego te kwestie znowu wypłynęły właśnie teraz? Były rzeczy, z których nie zdawałem sobie do końca sprawy, to było coś więcej niż wstyd, ukrywanie się z pewnymi rzeczami. Myślę, że sukces sprawił, że stałem się istotą pełną nienawiści.
MO: Możesz powiedzieć, że jesteś dzisiaj szczęśliwym człowiekiem?
MR: Zdecydowanie. Dziękuję Bogu. Napisałem Bruce'owi, że czuję się szczęśliwy, że w końcu poznałem ludzi, którzy pomogli mi zmienić moje dotychczasowe życie. Napisałem mu, że Randy nie był tego świadomy. Myślę więc, że on zrozumiał o co chodzi i pewnie dlatego zdecydował się napisać dla nas piosenkę.. Nie było nas stać na zapłacenie mu. Nie było nas stać, by zapłacić Axlowi Rose. I oni to zrozumieli. Wzięli to na swoje barki.
MO: Piosenka "Sweet Child of Mine" Guns'n'Roses była w filmie puszczana, gdy wchodziłeś na ring...
MR: Tak, zawsze leciała w tle, gdy wychodziłem do walki. Pewnego dnia kręciliśmy sceny w trakcie prawdziwej gali przed prawdziwą widownią. Pamiętam, gdy stałem na zapleczu i przygotowywałem się do wyjścia. Muzyka została puszczona..."Co? To nie walka bokserska!...Zresztą...A co mi tam... Dawajcie, jestem gotowy!". To wszystko z nerwów, ze strachu, kiedy czeka się przed wyjściem. Jednak w momencie, gdy zobaczyłem tych wszystkich ludzi, wszystko zniknęło, cały stres minął. I wtedy dopiero zaczęła się zabawa.
MO: Granie to dla Ciebie rywalizacja na wzór tej w ringu?
MR: Pewnie. Kocham rywalizacje. Uwielbiałem grać w futbol w liceum. Grałem z tymi samymi ludźmi przez 10 lat. Jednak między nami też istniała rywalizacja, choć stanowiliśmy jedną drużynę. Nie lubię przegrywać, tak gdy uprawiam sport, ale również gdy występuję w filmach. Darren powierzył mi niesamowicie ważne i odpowiedzialne zadanie - na ekranie miałem osiągnąć pełnię swoich możliwości. I dałem mu wszystko, czego chciał. Oddałbym za niego swoją krew. I nie wstydzę się tego. Ludzie mówią "To nie jest rywalizacja". Właśnie, że jest! Grałem już z aktorami, dzięki którym trzeba było wznieść się na wyższy poziom. Można wziąć jakiegoś pyszałka, który chce zrobić coś samemu, wtedy stłamszę go, skręcę i zapalę jak tanie cygaro. Tak więc, można współpracować i wzajemnie wznosić się na wyżyny umiejętności albo robić inne rzeczy samemu. Z tyłka takiej osoby chętnie zrobiłbym grzankę. Rozumiesz, wszystko zależy od drugiej osoby...
MO: Rozmawiałeś z wrestlerami, którzy widzieli już film?
MR: Tak.
MO: Jaka była ich reakcja?
MR: Duży entuzjazm. Kiedy Brytyjska Akademia Filmowa (BAFTA) przyznała nam nagrodę, do mikrofonu podszedł Darren i powiedział, że słyszał, iż na sali znajduje się "Rowdy" Piper. Po chwili usłyszeliśmy: "Tak, jestem tu". Darren spojrzał na mnie i powiedział: "Chcielibyśmy wiedzieć...To jest Twój świat, mamy nadzieje, że film, który stworzyliśmy przedstawia ten świat. Podobało Ci się, czy nie? Masz coś do powiedzenia?" Nastąpiła długa przerwa. Darren popatrzył na mnie i ruszył brwią. Był zdenerwowany. Podobnie jak wtedy, gdy wziąłem go na spotkanie ze Springsteenem. Rozumiesz, Giants Stadium w Nowym Jorku był wypełniony do ostatniego miejsca, a my spotkaliśmy się z nim na zapleczu. Darren powiedział "Jestem zdenerwowany. Nigdy mi się to nie zdarza". Odpowiedziałem mu szybko "Zamknij się i chodź ze mną". Roddy Piper powiedział największy komplement na jaki ktokolwiek mógł się zdobyć. Człowieku! To wyglądało, jakby wszyscy chcieli nam oddać hołd. Piper, Darren i ja spotkaliśmy się później na zapleczu. Roddy podchodził do filmu bardzo emocjonalnie, powiedział kilka rzeczy na temat innego końca kariery bohatera filmu. Randy nie był przecież w Madison Square Garden i naprawdę ciężko jest słyszeć takie słowa.
MO: Czy odgrywając rolę wzorowałeś się na konkretnym wrestlerze?
MR: Jedyną rzeczą jakiej użyłem [grając Randy'ego] był aparat słuchowy. Znałem wrestlera, który był przyjacielem mojego brata. Rozmawialiśmy kiedyś na siłowni, jakieś 15-16 lat temu. Powiedziałem wtedy Magic...(Tak się nazywał). Chciałem zażartować, a mój brat mi odpowiedział "Hej, on nie ma teraz tego pieprzonego aparatu słuchowego. Powiedziałem, więc coś do niego i odszedłem. Następnie zobaczyłem jak Magic odchodzi. Okazało się, iż miał aparat słuchowy...
MO: Czy w najbliżej przyszłości planujesz wziąć udział w jakichś nowych projektach?
MR: Pracuję nad filmem o tytule "13" z Ray'em Winstone'm. Wspaniały aktor. Jednym z powodów dla których zdecydowałem się w nim wystąpić jest grupa aktorów biorąca udział w tym projekcie. Film to remake francuskiego filmu "13 Tzameti", opowiadającego o mężczyznach grających w rosyjską ruletkę. Gra tam Jason Statham, który jest niesamowitym aktorem. Ma na swoim koncie wiele sukcesów, między innymi "Transportera", a jeśli widzieliście go w "Snatch" i innych filmach, np. "London" od razu stwierdzicie, że jest fantastyczny. Reszta obsady też jest świetna: Curtis Jackson, Ben Gazzara. Jest także młody, interesujący aktor Sam Riley.
MO: Kogo grasz w tym filmie?
MR: Nie ma tej postaci w oryginale. Dodaliśmy tego bohatera, by rozwinąć film. To facet ze stanu Teksas, który trudni się przemytem więziennym w Meksyku, ponieważ wszyscy tam grają w rosyjską ruletkę. Ray Winstone gra umysłowo chorego, jest pomoc kuchenna i inni. 17 kolesi gra w rosyjska ruletkę. Wszystko kręci się wokół dzieciaka, który znalazł się tam przez przypadek (gra go Sam Riley). Wszystko tworzy obiecujący reżyser Gela Babulani. Nie mogę zawsze pracować z Aronofsky'm. Powiedziałem sobie: Będzie dobrze, ale musze pracować z ludźmi, którzy są profesjonalistami, są inteligentni i chcą robić coś ciekawego z najlepszymi w swoim fachu. Dlatego czuje się z tym dobrze. Nie chce grać Harleyowcaani kolejnego twardziela, za co jakaś wytwórnia da mi kupę forsy. Wolę wziąć o wiele mniej pieniędzy i pracować z naprawdę dobrymi ludźmi albo...w ogóle nie pracować.
MO: Mógłbyś opowiedzieć o tym, jak pierwszy raz wszedłeś na ring przed prawdziwą publiką? Pytam, bo zrobiłeś to w czasie...
MR: W czasie przerwy między wrestlingowymi walkami, tak. Miałem tremę. Ważyłem 113 kilogramów. Miałem podrzucić rywala i zrobić headscissors (skomplikowany technicznie manewr polegający na tym, że wrestler nogami zawiesza się na szyi przeciwnika i w ten sposób rzuca nim o ring - przyp. red). Nie próbowałem tego wcześniej, ale chciałem to zrobić, choć było to trudne. Moje ręce są zniszczone od boksowania. Założyłem dodatkową taśmę na ręce i kolana. Miałem nadzieję, że zrobię to za pierwszym razem. Był to naprawdę ciężki manewr, tym bardziej, że byłem 13 kilo cięższy. Pamiętam, że musiałem zwolnić i skoczyć. I zrobiłem to. Jestem z tego bardziej dumny niż z czegokolwiek innego w tym filmie. Spojrzałem na Darrena, miałem szeroki uśmiech na twarzy, on również. Zaraz potem wypaliłem: "To jest to. Jedna próba. Kręcimy dalej, bo nie mam zamiaru tego powtarzać."
MO: Czy czujesz, że osiągnąłeś już taki moment w życiu, w którym jesteś zupełnie spokojny?
MR: Jestem coraz bliżej z każdym dniem. Jestem bliżej niż kiedykolwiek. Zawsze będzie we mnie taka wewnętrzna wojna. To daje mi siłę, by iść dalej nie oglądając się za siebie. I nie chcę tego zmieniać.
MO: Co z Sin City 2?
MR: Nie mam pojęcia. Musisz pogadać z tymi dziwnymi ludźmi.
MO: Oglądałeś ostatnią walkę De La Hoyi?
MR: No pewnie. Najlepszy trener stał w narożniku Manny'ego Pacquiao. A najlepszy bokser skopał tyłek Oscarowi.
Wczoraj obejrzałem. Pierwsze co rzuciło mi się w uszy to muzyka,doskonała i za to pierwszy plus. Dalszy za wypowiedź zapaśnika o muzyce lat 80 i 90 oraz podsumowanie Cobain'a z którym to podsumowaniem zgadzam się całkowicie. Kolejne za doskonałą kreację Rourke'a, za reżyserię, za klimat filmu. I za autentyczność postaci, przyznam że przy końcówce miałem łzy w oczach Kawał doskonałego kina, może Aronofsky pójdzie w tą stronę zamiast kręcić pierdolety pokroju PI, oby...
_________________ "Don't be so dark." Juggernaut Onan Gupta
Wiek: 31 Dołączył: 18 Lis 2008 Posty: 4333 Skąd: Z fali
Wysłany: 2009-04-20, 17:29
Aske Dead Dog napisał/a:
Aronofsky pójdzie w tą stronę zamiast kręcić pierdolety pokroju PI
PI jest najlepszą rzeczą jaką nakręcił obok Requiem dla snu. Niestety chyba idzie tą samą drogą co ostatnio np Cronenberg, czyli będzie kręcił bardziej mainstreamowe rzeczy. Pewnie również bardzo dobre, ale to bez tego czegoś co jego filmy miały kiedyś. Różnica jest też taka, że Cronenberg wpierw nakręcił sporo "swoich" filmów.
_________________ 36. Many have arisen, being wise. They have said "Seek out the glittering Image in the place ever golden, and unite yourselves with It."
37. Many have arisen, being foolish. They have said, "Stoop down unto the darkly splendid world, and be wedded to that Blind Creature of the Slime."
38. I who am beyond Wisdom and Folly, arise and say unto you: achieve both weddings! Unite yourselves with both!
41. But since one is naturally attracted to the Angel, another to the Demon, let the first strengthen the lower link, the last attach more firmly to the higher.- Aleister Crowley, Liber Tzaddi
"Conscious faith is freedom. Emotional faith is slavery. Mechanical faith is foolishness."G.I.Gurdjieff
"Gdy rządzi się prosto i spokojnie, ludzie stają się prostoduszni i lojalni. Gdy rządzi się przez nakazy i zakazy, ludzie stają się sprytni i podstępni."
" Im więcej zakazów i nakazów tym ludziom żyje się marniej."
"Im więcej praw i zasad się ustanawia, tym więcej będzie złodziei i rozbojów"
-Księga Dao i De
Dołączył: 20 Lis 2008 Posty: 24 Skąd: bagna i bajora
Wysłany: 2009-04-21, 16:51
Dobry film, myślałem że ogólne opinie o filmie są lekko zawyżone ale po obejrzeniu musze przyznać że to właśnie ten film powiniem zgarnąć oskary zamiast milionera
BALLS TO THE WALL!
Zajebisty film. Świetny Rourke, podobno ciężko mu było momentami na planie, odgrywając jak jego bohater traci wszystko i stacza się prawie na samo dno. Ciekawe czemu, haha. Ale dzięki tym paralelom z życia samego aktora jest przez to cholernie prawdziwy i ludzki. Myślę, że to taki dobry film o tym, jak pasja i sława potrafią zniszczyć komuś życie. Bo on był przede wszystkim showmanem i nie potrafił z tego zrezygnować. Za żadne skarby
Spoiler:
czego dowodem jest ostatnia walka, w której moim zdaniem jest całkowicie oczywiste, że główny bohater umiera po tym skoku. Zresztą, on chciał umrzeć, nie potrafił sobie bowiem poradzić w zwykłym życiu, ciągle będąc więźniem swojej wielkiej przeszłości. W sumie Randy The Ram nie budził we mnie jakiejś szczególnej sympatii i jakoś mi go nie żal - niejako spierdolił wszystko na własne życzenie. Wkurwił się na Pam, bo mu dała kosza, to poszedł na imprezę, nawalił się i zapomniał o spotkaniu z córką - i potem poszło jak z górki.
Dobrze odwzorowano reguły rządzące wrestlingiem, zarówno od kuchni, jak i na ringu (scenie?) - kiedyś się tym trochę interesowałem i oglądałem parę filmów na ten temat. Można się prześmiewać, że to taki show, że nie prawdziwe walki jak np. w boksie, ale tu widzimy, że to ciężki zawód - koksy, siłownia, solara, drut kolczasty, zszywacz ("trzeba pić, palić i uprawiać sport").
Ostatnio zmieniony przez BM 2010-03-05, 17:23, w całości zmieniany 1 raz
F. Obraz jest bardzo realny, zaryzykowałbym stwierdzenie, że właśnie banalność historii, sprawia, że jest ona tak wyrazista. Sposób prowadzenia kamery, ujęcia, montaż - wszystko sprawia, że miałem wrażenie towarzyszenia głównemu bohaterowi a nie oglądania go. No i kurwa muzyka! Wypas. "Było zajebiście... a potem pojawiła się ta ciota Cobain"
Thabel doskonale oddał wszystko to co myślę o tym filmie. Mnie właśnie sposób prowadzenie kamery i montaż podobał się najbardziej. Poza tym piosenka Bruce Springsteena - genialna
_________________ If you were me could you defend
The given rights to all the men
Lets fuck the world with all its trend
They say its all about to end
They say its all about to end
They say they say
Ciekawy film, Aronofski udowodnił, że potrafi kręcić nie tylko kino schizowe. Do jednej rzeczy trochę się jednak przyczepię: gnojenie bohatera a'la polski film. Nie lubię takiego przesadyzmu i stężenia deprechy na centymetr taśmy filmowej, no, ale to już wina mojego gustu, nie zaś filmu.
Faktycznie, jest to film, w którym piętrzą się coraz to kolejne przypadkowe trudności mnie to akurat nie przeszkadza, zwłaszcza, że w "Zapaśniku" prowadzi to do kulminacji w postaci niszczącego, moim zdaniem, finału.
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3678 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-08-03, 20:43
Jarod napisał/a:
Ciekawy film, Aronofski udowodnił, że potrafi kręcić nie tylko kino schizowe.
Moim zdaniem właśnie to, co w "Zapaśniku" jest (może nie-prostą ale jednak) kontynuacją tego, co w "Requiem dla snu". Tam było marnowanie życia dla nałogu, a tu dla rozrywki lub "sławy", która była niszcząca niczym nałóg.
Dobry film z całą pewnością, a może nawet bardzo dobry, ale jednak nie zachwyca.
Fajnie się oglądało, Rourke wypadł kapitalnie. Zgadza się chłopina na własne życzenie wszystko stracił, ze na koniec stwierdził jeśli tylko widownia mnie kocha, to dla niej warto poświecić życie, jeszcze spojrzał czy może kobita została, ale i ona odpuściła cały ten bałagan, który sam zresztą zrobił. A i po jakiego pakował się w skarpetkach na solarkę
_________________ "Jest kilka rzeczy na tym świecie, które są dla mnie święte. Moi przyjaciele, moje pieniądze, moja kobieta. Jeżeli zranisz którąkolwiek z nich, módl się, by Bóg znalazł Cię przede mną."
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1652 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2010-08-06, 08:28
Czy to rozkaz czy prośba? Zakładam, że ciekawość, a więc proszę, oto moje wrażenia i garść refleksji, jakie miałam po tym filmie.
Owszem, Rourke bardzo dobry, jego rola kojarzy mi się z nim samym, był tak samo ostatnimi czasy wyautowany w branży filmowej, jak Randy. Ale sam film nie zaskakuje kompletnie niczym, od początku przewidywalny koniec. Środek - wolałabym by snucie się Rourke po supermarketach było skrócone na korzyść pogłebienia wątku jego relacji rodzinnych, głównie z córką, bo trochę się po tym temacie przesmyknięto. A szkoda, bo można by go trochę bardziej pociągnąć i wyciągnąć więcej dramatu. Znajomość z Cassidy (Marisa Tomei), tu już było nieco lepiej - dało się odczuć smutek życia po 40-tce u obojga - ona podobnie jak Randy czuje że zawodowo wylatuje z obiegu, a przecież de facto nic innego nie umieją robić. Ot, tak to jest, stara prawda - interes w fachu, gdzie sprzedaje się własne ciało, wdzięk, siłę, nie trwa długo, tak jak młodość.
No cóż poza tym, film zapewnia także, że sport (o ile wrestling można nazwać sportem) dla pieniędzy nie jest żadnym sportem, wszystko jest kwestią umowy, ustawień ku uciesze publiki i co za tym idzie, ku napełnieniu kasy.
Podczas scen walki na ringu co rusz przypominał mi się Sacha Baron Cohen i jego "Bruno", ktory również brał udział w dostarczaniu przyjemności Amerykanom próbując swoich sił w wrestlingu, z tym, że on zamiast walić swego rywala po głowie, zabrał się za jego całowanie, czym wzbudził powszechną nienawiść u widzów zarówno na ekranie, jak i przed.
Podsumowując, film mnie nie porwał, nawet momentami nużył, a już na pewno nie wzruszył - owszem, samotność starego zapaśnika robi pewne wrażenie, ale w końcu - dostał to, to czego chciał, na co sobie zapracował. Wieksze od współczucia było zdziwienie - że też się ludziom chce takie jatki oglądać. A z drugiej strony ... dzięki amatorom tego typu widowisk, pracę mają inni, ktorzy nie potrafią niczym innym zarobić jak tylko bijatyką, i interes się kręci.
/Acha, z przyjemnością przypomniałam sobie aktorkę, grającą córkę, czyli Evan rachel Wood, którą widziałam jakis czas temu w "dolinie iluzji" z Edwardem Nortonem. W "Zapaśniku" zagrała równie dobrze. /
Jednym słowem - zawiodłam się. Za dużo hałasu zrobiono, oczekiwałam naprawdę czegoś wstrząsającego. Może dlatego taka ocena. Może, gdybym zobaczyła jeszcze raz, po zaleczeniu zawiedzionego serca, oceniłabym ten film nieco wyżej. Ale kompletnie mnie do niego nie ciągnie. Wolę juz sobie powtórzyć "Wściekłego byka", na przykład.
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5335 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2010-08-06, 09:41
DA napisał/a:
Czy to rozkaz czy prośba?
Nie no, to już się staje naprawdę irytujące. Człowiek jest ciekawy skąd taka, a nie inna ocena, normalnie zadaje pytanie i od razu imputuje się mu jakiś zamordyzm.
Stawiacie oceny to pytam. Akcja rodzi reakcję. Czy to aż takie dziwne? I nadal będę pytał bo jestem z natury ciekawy. To w końcu jest forum dyskusyjne czy jakiś anonimowy klub niedotykalskich? A dzięki Twojemu uzasadnieniu rozumiem skąd taka właśnie ocena (choć oczywiście nie podzielam tych odczuć bo film odebrałem zupełnie inaczej).
_________________ tell me what you don't like about yourself
No ale ocena 3 w skali 10 stopniowej wskazuje jednak na to że to wg Ciebie totalny gniot. Metr mułu i krakersy. Że to film porównywalny jakościowo do 10000BC
_________________ There are two kinds of people in this world: Those with loaded guns and those who dig. So dig
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1652 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2010-08-06, 14:48
BM napisał/a:
DA napisał/a:
Czy to rozkaz czy prośba?
Nie no, to już się staje naprawdę irytujące. Człowiek jest ciekawy skąd taka, a nie inna ocena, normalnie zadaje pytanie i od razu imputuje się mu jakiś zamordyzm.
Stawiacie oceny to pytam. Akcja rodzi reakcję. Czy to aż takie dziwne? I nadal będę pytał bo jestem z natury ciekawy. To w końcu jest forum dyskusyjne czy jakiś anonimowy klub niedotykalskich? A dzięki Twojemu uzasadnieniu rozumiem skąd taka właśnie ocena (choć oczywiście nie podzielam tych odczuć bo film odebrałem zupełnie inaczej).
Boże, BM, aleś Ty nerwowy i szalenie poważny. Aż się zaczynam bać. To już spytać nie można? Zauważ, że w końcu postawiłam na Twoją ciekawość, bo czułam, że ci o to chodzi:
Cytat:
I nadal będę pytał bo jestem z natury ciekawy.
.
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1652 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2010-08-06, 14:50
Thabel napisał/a:
No ale ocena 3 w skali 10 stopniowej wskazuje jednak na to że to wg Ciebie totalny gniot. Metr mułu i krakersy. Że to film porównywalny jakościowo do 10000BC
Nie, Thabel. Raz, że filmu 10000 BC bym w ogóle nie oglądała, a dwa, że jęsli już z jakichś powodów bym zobaczyła, to dałabym mu 1 pkt, bo nie ma "0", a nie 3.
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach