Control
reż. Anton Corbijn (Australia, Japonia, USA, UK 2007)
Film Corbijna nie jest grupowym portretem Joy Division. Jest mroczną opowieścią o egzystencjalnych udrękach Iana Curtisa. Reżyser stara się odmitologizować postać wokalisty legendarnej kapeli i pokazać człowieka uwikłanego w świat, w którym sobie nie radzi. Kanwą tej historii jest autobiograficzna książka żony Curtisa - Deborah. Zapewne dlatego Corbijn z muzyki robi istotne, ale jednak tło opowieści, koncentrując się raczej na emocjach bohatera, jego rozterkach, lękach. Oglądamy dramat człowieka, któremu wszystko się wymyka, który traci grunt pod nogami. Nie potrafi odnaleźć się w roli ojca i męża. Ucieka od tego, czemu nie potrafi sprostać, w ramiona innej kobiety. Ale narastające poczucie winy, coraz częstsze ataki epilepsji oraz pogłębiająca się depresja powodują, że nie jest w stanie żyć. Corbijn pokazuje trudne momenty z życia Curtisa, a rewelacyjna kreacja Sama Rileya powoduje, że całkowicie wierzymy w tę postać.
Co można dodać. Każdy słyszał o tym filmie i każdy wie kim był Curtis. Dla jednych postać kultowa, dla innych po prostu wokalista. Kocham Joy Division, więc czekałem na ten film i nie zawiodłem się. Nie jest jakimś arcydziełem oczywiście, ale fani JD powinni go poznać, tym bardziej jeśli ktoś nie czytał książki żony Iana. Ja czytałem i w sumie niewiele nowego się z filmu dowiedziałem, no ale jak mówię, dla fanów rzecz raczej obowiązkowa. Nie mam pojęcia czy ten film spodoba się tym, których twórczość i osoba Curtisa nigdy nie interesowała.
Ostatnio zmieniony przez Eva 2009-04-13, 17:49, w całości zmieniany 2 razy
Ja jestem wyznawą tej kapeli i szczerze powiedziawszy film mnie zdenerwował... jako film to OK .Ale nie jako film o JD.Najgorsze jest to że ten koles prubował spiewac...Sa przekłamania ( a warsaw wyglądają jak EMO z grzyweczkami ,grają równo i czysto- a to była punkowa kakofonia)
Curtisa w tym filmie nie ma...
Raoul Duke napisał/a:
Nie mam pojęcia czy ten film spodoba się tym, których twórczość i osoba Curtisa nigdy nie interesowała.
Tym się ten film wlasnie podoba najbardziej,bo dobre zdjęcia itd.
Dołączył: 18 Lis 2008 Posty: 1026 Skąd: Korova Milky Bar
Wysłany: 2009-01-07, 10:48
Thabel napisał/a:
LOL i komu tu wierzyć?
Warto zobaczyć. Chyba, że jesteś maniakiem Joy Division to możesz poczuc się rozczarowany. Ja Joy Division bardzo lubię, ale do filmu od początku podchodziłem z dystansem, więc się jakoś specjalnie nie zawiodłem. Jako dramat jest naprawdę niezły.
Mi się podobała scena jak jakis skinhead dostal kopa w ryj ze sceny Czy to może było w "24 hours party people"?
Nie pamiętam .
Heh a smieszna akcja bo po obejrzeniu filmu ,poszedłem na wódkę (jakoś andrzejki były wtedy) i obudziłem się w szpitalu pod kroplówką...Jak bym się przekręcił to by było że zobaczyłem Control i takie wrażenie na mnie zrobił że samobója strzeliłem .
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-09-09, 23:53
Rzecz bardzo taka sobie. Chłopaki zakładają zespół, później chłopaki mają zespół (gloria!), później jeżdżą po świecie, Curtis się coraz bardziej miota, a później wiesza (o czym było wiadomo od samego początku, bo to biografia postaci powszechnie znanej). JD dla mnie nie-kult, choć czasami posłuchać lubię,a film oceniam średnio. W tym temacie znacznie lepsze pod każdym możliwym względem "24 hour party people". Tam jest etos.
Bardzo mi podszedł ten film, jak w kinie na nim byłem, potem w telewizorze już nie zrobił na mnie takiego wrażenia.
Dobre zdjęcia, taka niby biografia Joy Division, ale - o ile wiem - mocno ponaciągana. I trochę się ciągnie pod koniec. Przekonała mnie ta postać Curtisa, ale wygląda na to, że w filmie to raczej postać fikcyjna niż rzeczywista. Co ciekawe Corbjin w wywiadach opowiadał, że wg niego Curtis to był taki egotyczny dzieciak z zapędami narcystycznymi, który lubił męczyć sobą otoczenia.
_________________ "For all the works of cultured man
Must fare and fade and fall."
film w porządku, ale denerwowało mnie to, że nie widziałam w nim ani jednej pozytywnie przedstawionej postaci.
co do samego JD to jakąś fanatyczką nie jestem. lubię posłuchać, ale wolę wersję Shadowplay w wykonaniu Killersów, za co zapewne zostanę zjedzona przez prawdziwych znawców :)
A tfu! A ja od tego filmu z JD zacząłem i tak słucham już 3 lata i wdzięczny jestem.
_________________ "Thing. Motherfucker looks just like The Thing." - Freddy "This snakeskin jacket is a symbol of my individuality and my belief in personal freedom." - Sailor
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2012-05-15, 17:55
Leciał sobie ostatnio na Ale Kino bodajże, to sobie powtórzyłem. I dochodzę do wniosku, że w swojej poprzedniej wypowiedzi trochę niesprawiedliwie potraktowałem ten film. Tzn. tak - jest to film o dość prostej konstrukcji, w dodatku sądzę, że Anton Corbijn, świetny fotograf-zdjęciowiec, specjalizujący się od lat w podobnych klimatach nie miał większego problemu z nakręceniem tak atrakcyjnego wizualnie filmu, a w dodatku z pomocą w wypełnianiu filmu treścią przyszła mu legenda Iana Curtisa i przede wszystkim teksty piosenek Joy Division. Niemniej, udało się Corbijnowi udało się stworzyć film wyważony, nienachalny, wizualnie wysmakowany, z dobrymi, naturalnie brzmiącymi dialogami i spokojny, dobrze wpisujący się w klimat twórczości Iana Curtisa i Joy Division. Film bardzo nastrojowy i który dobrze się ogląda. Poprzednio uznałem ów film za nieco nudny w porównaniu do choćby pokombinowanego narracyjnie i wypełnionego humorem "24-hour party people" (również m.in. o JD i Curtisie). Teraz uważam inaczej - że "Control" to film idealnie wpasowujący się w temat i pomimo prostej struktury, zawierający wyraźny reżyserski zamysł, określony przekaz. Aktor wcielający się w rolę Curtisa także wypadł znakomicie. Może i Curtis dokładnie taki, jak w tym filmie nie był na co dzień (słyszałem różne wersje), ale tak zaplanowana i odegrana postać doskonale sprawdziła się w ramach tego, co film chciał przekazać. Dziwny był człowiek z tego Curtisa, przynajmniej według tego filmu. Otacza go taka wielka legenda, a tu taki prawdziwy everyman, normalnie postać z Kafki.
Sa przekłamania ( a warsaw wyglądają jak EMO z grzyweczkami ,grają równo i czysto- a to była punkowa kakofonia)
Na sesji wydanej potem jako "Warsaw" (maj 78) grają calkiem równo; Nagrane w podobnym czasie, ale już pod szyldem Joy Division "An Ideal for Living" (koniec 78) jest calkiem schludnie. Na "Still" też jest chyba kilka kawalków z polowy 78 roku jako Warsaw i dają radę technicznie.
Nie wiem czy są jakieś nagrania z 76 i 77, Hook i Sumner dopiero uczyli się grać, więc raczej nie kozaczyli, ale nie wprowadzalbym rozróżnienia na punkowe Warsaw i post-punkowe Joy Division.
Raoul Duke napisał/a:
Mi się podobała scena jak jakis skinhead dostal kopa w ryj ze sceny Czy to może było w "24 hours party people"?
W "Control" nie pamiętam, ale w "24h Party People" na pewno byla scena, jak się lali z kolesiami z National Front po jakimś gigu.
jaz napisał/a:
z dobrymi, naturalnie brzmiącymi dialogami i spokojny, dobrze wpisujący się w klimat twórczości Iana Curtisa i Joy Division.
I to jest moc tego filmu.
Powiem szczerze, że jakbym nie lubil Joy Division, to bym się nudzil oglądając ten film. Jako ekranizacja wspomnień Debory jest bardzo OK.
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2012-05-21, 21:19
gentleman napisał/a:
W "Control" nie pamiętam, ale w "24h Party People" na pewno byla scena, jak się lali z kolesiami z National Front po jakimś gigu.
Na 95% zajście ukazane było w obu filmach. Natomiast kop w ryj był w "24..".
gentleman napisał/a:
Powiem szczerze, że jakbym nie lubil Joy Division, to bym się nudzil oglądając ten film.
A ja napiszę tak. Jakimś szczególnym fanem nie jestem, mogę posłuchać. I nie nudziłem się. Myślę nawet, że oprócz bycia biografią Curtisa, film mam całkiem ogólne i uniwersalne przesłanie.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach