Perfect Sense / Yeryüzündeki Son Aşk / Ostatnia miłość na ziemi
reż. David Mackenzie (Dania, Niemcy, Szwecja, Wlk. Brytania 2011)
Susan (Eva Green) jest naukowcem, Michael (Ewan McGregor) szefem kuchni. Przypadkiem spotykają się i zakochują w sobie. Tymczasem cały świat nagle zaczyna zmieniać się w dramatyczny sposób. Ludzie coraz częściej zapadają na dziwną chorobę, która w pierwszej kolejności wpływa na emocje, a następnie atakuje zmysły. [opis filmweb]
Uf. Na szczęście opis jest krótki i na szczęście obejrzałam film zanim pokusiłam się o przeczytanie opinii na jego temat - a doczytałam się, że jest pretensjonalny, że melodramat, że science-fiction, że pandemonium, że widać brak budżetu, że nie angażuje na poziomie emocjonalnym i stos różnych innych bzdur. Dla mnie bzdur. Bo film ma w moim odczuciu bardzo prowokujący przekaz, zmusza do zatrzymania się na chwilę i uzmysławia sporo spraw. Fakt. Epidemia jako taka jest średnim chwytem filmowym - bo niesie w zanadrzu pewien typowy scenariusz - rozpoznanie, działanie. porażka/zwycięstwo - i to najczęściej ku chwale Ameryki. Tu zostajemy na swoim podwórku będąc jednocześnie obywatelem świata - bo rzecz dotyka wszystkich - bogatych i biednych, czarnych i białych, prostych i splątanych itd...
Co dotyka? Wirus? Toksyna? Bakteria? Something. Coś, co powoduje, że posłuszeństwa odmawiają kolejne zmysły - węch, smak, słuch, wzrok.... A towarzyszą temu inne objawy, które są znakiem rozpoznawczym kolejnego etapu - płacz - gorzki i przejmujący, gniew i agresja, łakomstwo.....
To, co napisałam, to nawet nie zdrada fabuły - bo tak naprawdę można to wiedzieć i kompletnie nie zmieni to odbioru filmu. Bo trzeba film przeżyć - dać się wciągnąć w nieme pytania o kondycję ludzi i ludzkości, o kierunek naszej drogi i jej cel, o miłość i sens tej miłości,, wiarę, nienawiść, żal, przebaczenie i ....przystosowanie - jako formę nadziei. Trzeba pozwolić sobie zadać pytania o to, co ważne, na chwilę wyrwać się ze świata, w którym wszystko można zbyć krótkim - 'Kurwa!' albo 'Oj tam, oj tam' - bo nie wszystko da się tak łatwo od siebie odsunąć. Nie przez pryzmat epidemii i zbiorowego strachu, tylko przez pryzmat świadomości nas samych zagląda w serce widza ten film - co jest ważne?
Jakoś tak wywołał ze mnie durne pytanie, które namiętnie zadawałam w czasach dorastania - co gorsze? Nie chcieć a musieć, czy chcieć a nie móc? To było kiedyś. Potem nastał czas pytań o to czy gorzej nie widzieć, czy nie słyszeć? Życie samo przyniosło odpowiedź.
Dziś wiem, że najgorzej - nie czuć.
I dlatego film niesie nadzieję i optymizm, i dlatego ze względu na ważkość pytań w nim postawionych nie mogę go zaliczyć do melodramatu, jak chcieliby niektórzy.
Na plus przemawia również świetna ścieżka dźwiękowa i znakomita praca kamery, ale to - jak wszystko powyżej - zupełnie subiektywne wrażenia. :)
Polecam. Niektórym.
9/10
_________________ Nie żyć nie znaczy umrzeć.
Ostatnio zmieniony przez BM 2012-01-24, 18:57, w całości zmieniany 4 razy
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3683 Skąd: z Polski
Wysłany: 2012-01-26, 00:41
kulka napisał/a:
doczytałam się, że jest pretensjonalny, że melodramat, że science-fiction, że pandemonium, że widać brak budżetu, że nie angażuje na poziomie emocjonalnym i stos różnych innych bzdur.
kulka napisał/a:
zagląda w serce widza ten film - co jest ważne?
I ja się wpiszę w poczet tych "którzy nie lubią melodramatów". Bo temu już nie raz dawałem wyraz tu na forum. Epidemia robi w tym filmie za to, co zawsze w melodramatach przeszkadza kochankom.
Odniosłem takie wrażenie. Film jest całkiem dobry, kreśli interesującą i bardzo sugestywną wizję "apokalipsy". Aktorzy spisują się na medal (ah ta Eva Green!!). Ale, w moim odczuciu, wszystko służy mocnej ostatniej scenie, która nie do końca jest jednak logiczna (jeśli popatrzymy na utratę pozostałych zmysłów...).
Tak mi się skojarzyło. Wiem, że może przestaniesz mnie lubić po tym, ale jednak napiszę. W żaden sposób to przecież nie przesądza o wartości filmu i może znajdą się kobiety ;p, które go polubią. A więc cytat z "Mad Men" (1 odc., serial opowiada o specach od haseł reklamowych) brzmi tak: "Twoje pojęcie miłości zostało wymyślone przez takich gości jak ja, by sprzedawać nylony."
kulka napisał/a:
Nie chcieć a musieć, czy chcieć a nie móc?
Dziś wiem, że najgorzej - nie czuć.
I dlatego film niesie nadzieję i optymizm, i dlatego ze względu na ważkość pytań w nim postawionych nie mogę go zaliczyć do melodramatu, jak chcieliby niektórzy.
To już są Twoje przemyślenia na temat filmu, a nie sam film. Chociaż w tym "nie czuć" to trochę masz rację. Czasem można za dużo czuć. Jechałaś kiedyś rowerem przez las, mijałaś jakąś wioskę, latem?
Otóż, mnie się zdarza robić takie wycieczki rowerowe i czasem wystarcza zapach skondensowanego obornika (bo jak wnioskuję oni robią z tego jakiś ekstrakt - UE działa z czym na pewno niejeden się zgodzi), którego absolutnie nie widać, ale właśnie czuć - i to wystarcza w danym momencie, aby chcieć się zrzec przywileju posiadania węchu, na zawsze, no może nie na zawsze, zawsze jest nadzieja na przejechanie danej wioski, która robi koncentrat.
Obleśny przykład, wiem. Przepraszam.
jazu - chyba nie do końca - bo dopiero kiedy mój opis 'zagościł' i przejrzałam go czy czegoś znowu nie spieprzyłam, dopatrzyłam się dwuznaczności, której nie powinno być - moje "Najgorsze to -nie czuć' odnosi się do emocji- nie kochac, nie nienawidzieć, nie cieszyć się, nie przeżywać tragedii - itd. To jest dla mnie śmierć. Koniec. Zero. Nie żyć - nie znaczy umrzeć - można organicznie trwać dalej - ale jeśli nie czujesz - to wg mnie koniec.
I dlatego ten film jest krzepiący - póki czujesz - póty żyjesz. Możesz nie widzeć, nie słyszeć, nie czuć smaku i węchu - ale póki czujesz - jesteś. A jeśli jesteś, odnajdziesz się.
Twój cyatat z nylonami jest...hm... - bardzo kobiecy. Chciałabym móc się za niego obrazić. Albo za te kobiety, które przywołałeś Ale nic takiego nie czuję - widać, nie do mnie te słowa
Cieszę się, że obejrzałeś film. To obraz z gatunku takich, w których się widz musi określić po którejś ze stron - albo jest bardzo na plus, albo niekoniecznie. Mnie trafił w chwili, kiedy oczekiwałam podrażnienia dla siebie - stał się wspaniałym pretekstem - i zupełnie nie szukałam w nim logiczności ostatniej sceny - bo tych dziur znalazłoby się więcej. Zadowolił mnie samą prowokacją do myślenia i do tego jeszcze ścieżką dźwiękową, która się dodatkowo wpisała w odbiór.
BTW - nie uważasz, że sam w sobie niesie optymizm?
A jeśli chodzi o zapachy wsi - gnojówka i obornik pachną jak życie. Kto nie umie zaakceptować takiego zapachu, nie doceni pewnie należycie zapachu chleba. Tak mi się zdaje - usprawiedliwiam się tym, ze przez 14 lat mieszkałam na wsi - i mam nadzieję, że kiedyś dane mi będzie zamieszkać tam znowu
Jakie CZASEM??? ZAZWYCZAJ!!!! I dlatego chleb pachnie tak - jak chleb Ot, równowaga
Jeśli poczułeś radość z posiadania zmysłów - to obejrzenie filmu nie jest czasem straconym - jest tyle ciepłych zapachów do wsunięcia do nosa, tyle smaków, tyle obrazów.... Aż żal straconych chwil na nie kontemplowaniu tegoż.... Mówię jak hedonistka - ale - czemu nie?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach