Moja droga Wendy / Dear Wendy
reż. Thomas Vinterberg (Dania, Francja, Niemcy, Wielka Brytania 2005)
scenariusz: Lars von Trier
W małym miasteczku osiemnastoletni Dick po stracie ojca czuje się bezpiecznie jedynie z pistoletem w dłoni. Choć nazywa siebie pacyfistą, razem z kolegami zakłada klub miłośników broni. Pewnego dnia młodzi ludzie są zmuszeni użyć jej w obronie własnej. Zaciera się cienka granica pomiędzy dobrem i złem.
"Moja droga Wendy" to, zdaniem samego reżysera, mieszanka "Królestwa" Larsa von Triera oraz "Mechanicznej pomarańczy" Stanley'a Kubricka. Lars von Trier z właściwą sobie ironią stawia pod znakiem zapytania użyteczność i niezmienność zasad moralnych. Thomas Vinterberg i Lars von Trier zabierają nas w fascynującą, przewrotną podróż do źródeł przemocy. Do świata, w którym zasady łamią przede wszystkim ci, którzy... je mają.
Jeśli chodzi o porównywanie tego filmu do innych produkcji, to mam jednak inne spojrzenie niż Vinterberg. Powiedziałbym raczej, że „Moja droga Wendy” jest połączeniem „Słonia” van Santa z „Dogville”. Skojarzenie z pierwszym wynika z tego, że tutaj także młodzi ludzie wikłają się w pewną dramatyczną sytuacje, choć z pozoru wszystko wygląda niewinnie. Natomiast nawiązanie do „Dogville” jest z jednej strony bezpośrednie ze względu na umiejscowienie samej akcji w małym górniczym miasteczku, a pośredni związek między tymi filmami dotyczy całej rzeczywistości, którą kreuje von Trier. Wszystko jest niby realistyczne i autentyczne, ale jednak ma się wrażenie pewnej nie dosłowności. Z tą różnicą, że w „Dogville” odczuwa się to znacznie mocniej i nieustannie, a w „Dear Wendy” nasila się to z czasem.
Trzeba przyznać, że von Trier napisał film nieszablonowo i ze swoim charakterystycznym polotem, bo można by taką historię (o młodzieży i jej fascynacji bronią) opowiedzieć zupełnie standardowo i umiejscowić ją w pierwszym lepszym amerykańskim mieście. Tak więc, duży plus za samo podejście do tematu i pomysłowość. Jak się okazuje Vinterberg wszystkie pomysły Larsa świetnie „wprowadził w życie” i wyreżyserował bardzo dobry obraz, na co składają się wszystkie filmowe elementy. Do tego bardzo konsekwentne i właściwie jedyne odpowiednie zakończenie, które ciekawie nawiązuje do westernowych produkcji.
_________________ Bez bólu nie ma satysfakcji.
Wszystkie te chwile przepadną w czasie niczym łzy w deszczu... Pora umierać.
Ostatnio zmieniony przez Eva 2011-02-01, 01:36, w całości zmieniany 1 raz
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1652 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2011-01-26, 18:34
Widziałam kawałek czasu temu. Podobało się, i owszem. Z tego co sobie przypominam, to miała być podobno jedna z części trylogii amerykańskiej Larsa Von Triera (oprócz Manderlay i Dogville), być może, ale nie wiadomo, bo teraz podobno Lars w ogole odżegnuje się od kontynuacji trylogii.
Co ciekawe jest w tym filmie, to to, że chłopcy zaczynają interesować się bronią z pobudek czysto pacyfistycznych, nie chcą zabijać, chcą tylko bronić słabszych ("bo to się zwykle tak zaczyna" - chciałoby sie zanucić stary przebój Bogdana Łazuki o miłości.
Tak, bo to jest film o miłości do broni i o rzekomej wolności jaką Amerykanie czują i wierzą, że ona im ją daje.
"Moja droga Wendy" to taka swoista artystyczna odpowiedź (tak to wtedy odbierałam) na "Zabawy z bronią" Michaela Moore'a. Oczywiście, to moja interpretacja, bo nie przypuszczam, żeby taki zamiar mieli twórcy filmu. W stonowany, spokojny sposób, bez nadmiernego dydaktyzmu, w formie niewinnego wręcz z początku filmu przygodowego dla młodzieży, pokazuje i ostrzega czym jest broń, jaka z niej "femme fatale", jak potrafi rozkochać w sobie, sprawić, że mężczyzna poczuje się silny, bezpieczny i taki...męski, stopniowo się od niej uzależnia, nie może bez niej żyć i nawet jeśli czuje, że źle przez nią skończy - nie może się od niej uwolnić.
Film powinni zobaczyć wszyscy zwolennicy wolności by Korwin Mikke. (?)
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
to miała być podobno jedna z części trylogii amerykańskiej Larsa Von Triera (oprócz Manderlay i Dogville)
Właśnie się zastanawiałem czy ta trylogia doszła do skutku i czy przeoczyłem ostatnią jej część. Co prawda "Dear Wendy" nie jest bezpośrednią kontynuacją "Manderlay" i "Dogville", ale jak dla mnie ma silne ciągoty w tym kierunku, nie tylko ze względu na wykonanie czy formę, ale właśnie przez ten "amerykański wydźwięk", który przewijał się w filmach Larsa.
Cytat:
Widziałam kawałek czasu temu.
Mnie się obejrzenie obsunęło o kilka lat, bo ciągle zapominałem, żeby go sprawdzić i stanęło na 2011.
_________________ Bez bólu nie ma satysfakcji.
Wszystkie te chwile przepadną w czasie niczym łzy w deszczu... Pora umierać.
Jestem właśnie po seansie. Cóż, no od fascynacji do fanatyzmu - jeden krok. Ale jak wiemy z autopsji, teoria bywa wyidealizowana. Film całkiem ok.
I na początku filmu wiedziałam, że skądś kojarze gł. bohatera! Dopiero jakoś w połowie skojarzyłam go z Billiem Elliotem - tylko, że już troszkę starszym...
_________________ ** człowiek człowiekowi wilkiem,a kiwi kiwi kiwi **
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach