Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3149 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-08-18, 00:29 Zero
Zero
reż. Paweł Borowski (Polska 2009)
W wielkiej, bliżej nieokreślonej metropolii wstaje dzień. Na wysokim piętrze biurowca, w dużym gabinecie szefa międzynarodowej korporacji dzwoni telefon. Biznesman chwilę wpatruje się w ekran komórki, aż w końcu odbiera. Dzwoni niechlujny tłuścioch jadący rozklekotanym vanem z dziwacznym towarzyszem. Pyta o decyzję. Chodzi o śledzenie pewnej osoby. Po chwili wahania biznesman potwierdza zlecenie. Nie przeczuwa, że jednym "tak" uruchamia lawinę wydarzeń, która wpłynie na losy części mieszkańców miasta.
Założone również przy okazji "Happiness". Wydaje mi się bowiem, że Paweł Borowczyk się trochę wzorował na filmie Solondza. Problem, jaki wiąże się z filmem Borowczyka jest taki, iż twórca nie bardzo mógł się zdecydować czy przedstawić wierny prawdzie portret społeczeństwa polskiego początku XXI wieku czy może śmiało brnąć w groteskę. Efektem tego jest rozwiązanie połowiczne: obserwujemy anonimowe (ponoć, i tak wiadomo, że jest to współczesna Warszawa) miasto, a w nim ludzi - od bezwzględnych yuppie, przez spoconych taksówkarzy, kasjerki w supermarketach, producentów i gwiazdeczki porno, męskie dziwki, po na pierwszy rzut oka sympatycznych dziaduniów, oddających się jednak po godzinach udawania dobrych obywateli wykorzystywaniu małych dzieci. Jeśli to ma być obraz społeczeństwa wstrząsający sumieniem narodu, to ja go po prostu nie kupuję. Chyba, że miejsce akcji owego filmu to tak naprawdę nie jakieś abstrakcyjne miasto X w zamyśle reprezentujące cały kraj ("Doe" na tablicach rejestracyjnych to jednak lekkie przegięcie), a nieznane mi bliżej miejsce w Polsce, gdzie jedynym pragnieniem nawet Bogu ducha winnych kasjerek w supermarketach, jest naplucie klientowi w twarz gumą balonową. Jeśli jednak film Borowczyka ma być czymś w rodzaju solondzowskiej makabreski, to wyraźnie zabrakło w niej trochę pomysłów na rozegranie poszczególnych scen, przebłysku geniuszu, który charakteryzował "Happiness" czy po prostu zwykłego dobrego poczucia humoru. Ale i tak nie jest najgorzej. Nie żałowałem pieniędzy wydanych na bilet. 6,5/10
_________________ I believe in nothing and I will cut off your Johnson.
Próżnia spada w przepaść
Ostatnio zmieniony przez Eva 2010-08-18, 12:38, w całości zmieniany 1 raz
Film o niczym, bez jakiegoś sensu, bez żadnej myśli przewodniej, z tym samym motywem muzycznym do znudzenia łupanym przez te półtorej godziny, czy ile tam to Zero trwało. Borowski chciał chyba zamaskować nijakość scenariusza poprzez jego nietypową, jak na Polskę, konstrukcję. Nie wiem w sumie po co. Pewnie liczył na to, że polski, pozbawiony gustu, wpierdalacz popcornu i tak się nie kapnie, że zerżnął pomysł z filmów Inarritu.
_________________ "Nie słucham tylko łomotu, a dobre brzmienie zawsze docenię."
Wiek: 30 Dołączył: 17 Lis 2008 Posty: 5239 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2010-08-18, 07:39
Jak dla mnie to tylko przeciętne ksero zagranicznych produkcji. Ten film to takie oszustwo, że niby obcujemy z wielkim europejskim kinem (co śmieszne wielu dało się nabrać). Tymczasem to po po prostu do bólu wtórna i pretensjonalna produkcja obliczona na poklepanko po pleckach w tzw. środowisku. Brak pomysłów, nuda, kompleksy...
_________________ tell me what you don't like about yourself
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3149 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-08-18, 19:51
Właśnie tak. Bez myśli przewodniej i większego sensu i przeciętnie. Chodziło chyba o oddanie realiów życia w wielkiej metropolii w PL. Średnio trafione - pisałem już o tym powyżej.
Ale sama konstrukcja jak najbardziej ok i chętnie sobie popatrzę, jak w Polsce kręcą także takie filmy. Bo to przecież nie własność Inarritu, bo jak by tak się przekopać kto od kogo rżnął, to by wyszło, że jedynie oryginalny na tym polu jest "Na skróty" Altmana, a przecież według tej recepty powstawało wiele równie rewelacyjnych filmów, jak np. "Magnolia" czy wspomniany "Happiness". Ah i mi się wydaje, że jednak bardziej inspirację niż Inarritu, stanowił Solondz - postaci wyraźnie na to wskazują.
No i ładnie zjechaliście ten film, a ja powiem, że mimo wszystko, mimo poczucia wtórności i bylejakości czy zażenowania związanego z tym, że Kowalskiego zastąpił Doe, nie było tak znowuż najgorzej. Dobre pomysły (całkiem zabawny był np. z elektrykami) mieszają się z kiepskimi. Bardzo dobrych i świeżych niestety brak.
_________________ I believe in nothing and I will cut off your Johnson.
Próżnia spada w przepaść
Bo to przecież nie własność Inarritu, bo jak by tak się przekopać kto od kogo rżnął, to by wyszło, że jedynie oryginalny na tym polu jest "Na skróty" Altmana, a przecież według tej recepty powstawało wiele równie rewelacyjnych filmów, jak np. "Magnolia" czy wspomniany "Happiness".
Nie chodzi o wytykanie kto od kogo rżnął, tylko o to, kto pomimo zarąbania cudzych pomysłów nakręcił dobry film. Borowskiemu się ta sztuka nie udała. Jedyną cechą "Zera", która jakoś wyróżnia ten film od innych polskich przeciętniaków o niczym, jest tylko ta nietypowa konstrukcja. Tylko co z tego jak mogliśmy ją oglądać w 10 innych filmach 10 lat temu. To, że akurat nie w polskich produkcjach nie jest jeszcze powodem, żeby to zmieniać za wszelką cenę. Zwłaszcza jak nie ma się pomysłu na film.
_________________ "Nie słucham tylko łomotu, a dobre brzmienie zawsze docenię."
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1609 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2011-02-12, 23:06
Film zupełnie przyzwoity, a nawet bardzo przyzwoity, choć opowiada o niezbyt przyzwoitym życiu. Mnóstwo wątków, postaci, z których jedne splatają się ze sobą, jedne się tylko mijają. Wielkie miasto, przeszklone wieżowce, w nich ekskluzywne apartamenty, a w nich "gnój", taki sam zresztą, jak w małych, zaplutych domkach niedaleko. Na szczęście, jak to mówią Hindusi, piekne kwiaty rosną właśnie na gnoju, i w tym filmie mamy tego dowód (fałszywi elektrycy okazują się prawymi obywatelami zgłaszającymi policji fakt ohydnego przestępstwa, a obrzydliwie bogaty i zajęty prezes w końcu odkrywa prawdziwą wartość życia, i nie jest to wartość pieniądza itd.).
Piszecie, że film nie ma sensu, mysli przewodniej, że jest o niczym. Jak mało trzeba mieć dobrej woli i przyjaźni skierowanej ku polskim produkcjom, żeby tak skopać coś, co w sposób może i znany, ale niebanalny, traktuje o kruchości życia, o bilansowaniu się złych i dobrych uczynków i o roli przypadku w owych rozrachunkach.
Ja wiem, że to już dawno było, też miałam od razu bezpośrednie skojarzenia z Innaritu, głównie z Amores Perros, ale co z tego, skoro oglądało mi się ten film bardzo dobrze. Film trzymał w napięciu, był dobrze zagrany (Bluszcz, Mastalerz, Dziędziel - zresztą wszyscy!), logicznie posklejany, przejmował losem swych bohaterów, a z każdego z wątków, można by dalej zrobić kolejny film, bo widz, a przynajmniej ja, zaciekawił się dalszym losem jego bohaterów. Np. co się dalej stało z matką i ojcem młodego barmana, czy pan od porno (Bluszcz) odpowiedział za swój czyn, czy chłopakowi świadczącemu usługi seksualne powiodło sie w życiu osobistym, co z żoną pana, który dał temu chłopakowi w pysk przy pisuarze, co z operecją chłopczyka w szpitalu i traumą jego ojca? itd. Mnóstwo pytań co dalej?. Gdyby to był zły film, nie byłoby ich.
Maly zarzut w kierunku muzyki - była momentami zbyt nachalna. Poza tym OK! Bardzo dobry film!
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
No... to ja mogę się tylko pod przedmówcą podpisać. Porządny film, z dobrym klimatem i aktorstwem (osobiście do wymienionych już nazwisk dodałabym Bogdana Kocę jako detektywa - skądinąd za tą rolę jakaś nagroda mu gdzieś wpadła).
_________________ "We want the finest wines available to humanity, we want them here and we want them now!"
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach