Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3149 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-08-16, 20:35 Happiness
Happiness
reż. Todd Solondz (USA 1998)
30-letnia Joy Jordan wciąż mieszka w podmiejskim domu swych rodziców w New Jersey. Rodzice dawno już opuścili go, by spędzać swoją nieszczęśliwą emeryturę na słonecznej Florydzie, gdzie mocno nadszarpnięte wdzięki sąsiadki, Diane, zaczynają zagrażać ich długoletniemu, pozbawionemu miłości małżeństwu. Joy wciąż ma nadzieję, że powodzenie w miłości i karierze zawodowej są tuż tuż. Traci swoją aktualną sympatię, Andiego, wdając się w romans ze swym uczniem imieniem Vlad, uczestnikiem kursów dla dorosłych, rosyjskim imigrantem, który jest złodziejem.
Dwie siostry Joy, szczęśliwa mężatka i gospodyni domowa, Trish oraz słynna pisarka, Helen, nieustannie użalają się nad Joy, choć same mają wiele kłopotów. Helen, poszukuje prawdy emocjonalnej, która mogłaby dostarczyć jej pisaniu rzeczywiste, doświadczone niebezpieczeństwo. Zaczyna uwodzić anonimowego natręta podczas jego powtarzających się obscenicznych telefonów. Nie wie, że ów maniak seksualny to jej nieszkodliwy sąsiad, samotny Allen, który sam jest obiektem pożądania jeszcze bardziej samotnej Kristiny.
Zakładając temat o tym filmie jestem w trochę trudnej sytuacji, gdyż widziałem go już kawałek czasu temu i nie mogę napisać Wam nic "na świeżo" po seansie. Myślałem nawet o powtórzeniu sobie tego kapitalnego filmu (byłby to już 3 raz hihi), jednak jestem zajęty oglądaniem innych rzeczy ostatnio i w końcu zrezygnowałem.
Może napiszę więc po prostu, że film jest świetny, choć na pewno trzeba się przygotować na nieco ekstremalne doznania filmowe. "Happiness" najprościej można określić mianem komediodramatu, ale najcelniej określałoby go powiedzenie po prostu "film Todda Solondza", ponieważ tu, podobnie jak w jego innych produkcjach, dominuje specyficzna dla niego optyka i poczucie humoru. Poziom zwyrodnienia ukazanego na ekranie jest duży i bliski temu, czym raczą nas tacy twórcy, jak Larry Clark czy Harmony Korine, wszystko podane jest tu jednak w znacznie mniej poważny, zupełnie nieapokaliptyczny sposób. Solondz w odróżnieniu od wyżej wymienionych porusza się też w kręgu całkiem z pozoru normalnych, mieszczańskich środowisk - to tam znajduje siedlisko zgnilizny.
Lubię ten film polecać ludziom, bo zauważyłem, że przeważnie się cieszą później z takiej rekomendacji, pomyślałem więc, że i Wam polecę (no a jak ktoś widział już, to dyskutować!). U mnie film ten wypełnia próżnię związaną z zapotrzebowaniem na "nowoczesne" kino autorskie. Takich filmów zdecydowanych i wyrazistych wciąż jakby mało. Moja aprabata dla tegoż tytułu, nie jest równoznaczna z tym, że się w pełni z Solondzem zgadzam. Otóż nie, nie podzielam jego widzenia świata i uważam, że koleś totalnie przesadza. Nie zgadzam się również ze sformułowanym tu twierdzeniem, że dążenie do szczęścia musi być z konieczności grą o sumie zerowej, tzn. że szczęście jednego człowieka musi się równać nieszczęściu drugiego albo wszystkich pozostałych (choć tak czasami z pewnością bywa). Niemniej, sądzę że film może się podobać. Pomimo ciężkiej tematyki jest bardzo zabawny, a dzika pomysłowość Solondza wprawia w coraz większe zdumienie co scenę. Ciężko wprost oczy oderwać od ekranu. Polecam!
Ode mnie: 9.5/10
_________________ I believe in nothing and I will cut off your Johnson.
Próżnia spada w przepaść
Ostatnio zmieniony przez Eva 2010-08-17, 09:46, w całości zmieniany 1 raz
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1609 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2010-08-16, 21:51
Cytat:
Zakładając temat o tym filmie jestem w trochę trudnej sytuacji, gdyż widziałem go już kawałek czasu temu i nie mogę napisać Wam nic "na świeżo" po seansie. Myślałem nawet o powtórzeniu sobie tego kapitalnego filmu (byłby to już 3 raz hihi), jednak jestem zajęty oglądaniem innych rzeczy ostatnio i w końcu zrezygnowałem.
Mam podobnie, z tą różnicą, że film widziałam chyba tylko 2 razy. Dobry był. Dałam mu 9/10. PSHoffman jak zawsze bezbłędny. Jego wątek pamiętam najlepiej i wątke doktora Marple, który wpisuje się w rozpoczątą przedwczoraj dyskusję o filmach z pedofilskimi motywami.
W czym uważasz, że Solondz przesadza?
Teoria
Cytat:
dążenie do szczęścia musi być z konieczności grą o sumie zerowej, tzn. że szczęście jednego musi się równać nieszczęściu drugiego człowieka
- ciekawa, i chyba często się w życiu sprawdza.
Narazie nie mam siły nic więcej napisac. Wypstrykałam się swojego czasu w temacie na innych forach. Może ktoś coś jeszcze zagai i nuz, ups, nuż, ruszymy jeszcze trochę do przodu.
Oczywiście film polecam, szczególnie widzom bezpruderyjnym, niektóre sceny, rzeczywiście zaskakują i humorem i sposobem spojrzenia na niektórych bohaterów.
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3149 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-08-16, 21:56
DA napisał/a:
Mam podobnie, z tą różnicą, że film widziałam chyba tylko 2 razy.
No to widzisz, dokładnie tak, jak ja - ten byłby trzeci, ale nie doszedł do skutku.
DA napisał/a:
W czym uważasz, że Solondz przesadza?
On operuje dość mocną groteską, prawda? A ta z definicji jakby polega na przesadzie. Świat taki nie jest, Solondz przesadza <user jazu tupie nóżką i krzyczy, że przesadza!> No choćby z tym szczęściem, że nie zawsze.
_________________ I believe in nothing and I will cut off your Johnson.
Próżnia spada w przepaść
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1609 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2010-08-16, 22:12
No, operuje groteską. Ale, czy naprawdę uważasz, że ludzie, których spotykamy w życiu, nie bywają równie groteskowi? Doktor Mapplewood (post wyżej pomyliłam jego nazwisko), psycholog - przykładny kochający ojciec swego syna - bywa od czasu do czasu pedofilem. Nie znamy takich przykładów, choćby z zycia publicznego? Allen, grany przez PSHoffmana, obleśny (tak sprawia wrażenie) samotnik, korzystający co wieczór z sekstelefonu, okazuje się przy bliższym poznaniu całkiem sympatycznym, wrażliwym, kochliwym facetem. I tacy się zdarzają. A te kobiety, pragnące się zakochać za wszelką cenę, w byle kim, nawet jeśli czują, że facet jest złodziejem, dają się nabierać i nabijać w butelkę jak nic. itd.
A z tym szczęściem, że bilans obdarzania ludzi przez los szczęściem musi wyjść na zero, to też jest do przyjęcia (jeśli spojrzeć na sprawę w ogólnym, że tak powiem globalnym wymiarze) - natura lubi wyrównywać rachunki, tak dla harmonii.
Tak więc, nie jestem pewna, czy aż tak bardzo przesadza, może raczej mówi bez ogródek, obala stereotypy.
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3149 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-08-16, 22:29
DA napisał/a:
No, operuje groteską. Ale, czy naprawdę uważasz, że ludzie, których spotykamy w życiu, nie bywają równie groteskowi? Doktor Mapplewood (post wyżej pomyliłam jego nazwisko), psycholog - przykładny kochający ojciec swego syna - bywa od czasu do czasu pedofilem. Allen, grany przez PSHoffmana, obleśny (tak sprawia wrażenie) samotnik, korzystający co wieczór z sekstelefonu, okazuje się przy bliższym poznaniu całkiem sympatycznym, wrażliwym, kochliwym facetem.
(...)
Tak więc, nie jestem pewna, czy aż tak bardzo przesadza, może raczej mówi bez ogródek, obala stereotypy.
No bywają, bywają. Ale ja bym dał zamiast "mówi bez ogródek" - "jedzie mocno po bandzie", gdyż mimo wszystko, ta ohyda życia i bezwzględność we wzajemnych relacjach międzyludzkich u Solondza zostaje mocno spiętrzona i spotęgowana.
Spoiler:
Weźmy na przykład pierwszą scenę w filmie (parka zrywająca związek na kolacji) - ludzie tak ze sobą nie rozmawiają. Może i tak czasem pomyślą, ale zachowują resztki przyzwoitości. Albo fantazje militarne Maplewooda - toż to już przecież, bądź, co bądź zabawne na swój sposób, ale ekstremum. Te "męskie" rozmowy miedzy Mapplewoodem i synem - no nie. Albo ten oddźwierny poćwiartowany na kawałki i trzymany w lodówce - to jedyny wątek, w który kompletnie nie mogłem uwierzyć. Dlatego też odjąłem pół punktu i jest 9.5
W życiu jest na szczęście, a może na nieszczęście często po prostu nudno i niewyraźnie.
Może ujmę to tak:
- Czy Solondzowi udało się nakręcić dobry/ciekawy/zabawny film? - Tak
- Czy udało mu się powiedzieć parę ciekawych rzeczy o ludziach/rzeczywistości/stosunkach międzyludzkich? - Tak
- Czy przedstawił w swoim filmie realistyczny obraz społ. amerykańskiego końca xx wieku? - Z pewnością nie.
Wydaje mi się, że dyskusja, jaką tu prowadzimy dotyczy jedynie oceny środków artystycznych, jakimi posłużył się Solondz (dla mnie to jest wyraźna hiperbola). Bo co do oceny samego filmu się chyba zgadzamy.
P.S. PS Hoffmann nie wisiał na sekstelefonie - on sobie zrobił z normalnego telefonu sekstelefon.
Cytat:
A z tym szczęściem, że bilans obdarzania ludzi przez los szczęściem musi wyjść na zero, to też jest do przyjęcia (jeśli spojrzeć na sprawę w ogólnym, że tak powiem globalnym wymiarze) - natura lubi wyrównywać rachunki, tak dla harmonii.
Nie wiem czy potrzebnie czynisz z tego jakąś globalną zasadę ontologiczną. To najczęściej nie żaden bezosobowy los, ale jeden człowiek drugiemu żeby się lepiej poczuć.
Aha, dla mnie jeszcze bardzo zapamiętywalny był wątek Joy Jordan i tego ruska (ten rusek, to już po prostu beczka śmiechu). Tak przy okazji Jane Adams w roli Joy Jordan jest niemal taka sam,a jak grana przez nią postać w serialu "Wyposażony" - czyżby ta looserka tak bardzo do niej przylgnęła.
_________________ I believe in nothing and I will cut off your Johnson.
Próżnia spada w przepaść
Dołączyła: 27 Lis 2009 Posty: 1609 Skąd: stąd i zowąd
Wysłany: 2010-08-17, 09:13
Cytat:
No bywają, bywają. Ale ja bym dał zamiast "mówi bez ogródek" - "jedzie mocno po bandzie", gdyż mimo wszystko, ta ohyda życia i bezwzględność we wzajemnych relacjach międzyludzkich u Solondza zostaje mocno spiętrzona i spotęgowana.
Skąd taka pewność, że ohyda została mocno spiętrzona i spotęgowana? Tak to bywa, że ludzi znamy bardzo powierzchownie, nawet tych, z najbliższych relacji. Wiemy o nich to, co chcą nam pokazać, albo to co nam jest wygodniej, dla własnego komfortu psychicznego w nich zobaczyć (tak jak to jest ukazane w filmie). Solondz obnaża godnych amerykańskich mieszczan, zagląda im "pod podszewkę", do ich myśli, do łóżka, do ich marzeń, pragnień. Niektore obrazy, ktore widzi, przerażają, niektóre śmieszą. Na przykład, te same czynności, ktore dla jednych są wzniosłe ( uprawianie seksu), dla obserwatora z boku wydają się zabawne. Tzw. porządna kobieta, ktora zakochuje się drobnym przestępcy, przeżywa u jego boku wzniosłe chwile, jednych to zachwyca, a inni pukają się na ich widok w czoło.
Zależy kto na co ma wzrok wyostrzony. Ja na przykład przykład przy całym zachwycie nad pieknem świata i człowieka równie często zauważam jego brzydkie strony, od których niektórzy wolą wzrok odwracać - nie udaję, że nie widzę martwego psa na jezdni, zapitego bezdomnego pod supermarketem, czy jakąś oszalałą kobietę mamrotającą coś pod nosem.
Ludzie, potrafią być ohydni, źli, zepsuci. Dlaczego by o tym nie mówić wprost, bez upiekszeń? Gdyby tak nie było, nie mielibyśmy wojen, molestowań seksualnych, znęcania się nad kobietami, dziecięcej prostytucji itp. gdyby Amerykanie tacy nie byli (ale nie tylko oni - wszyscy) nie byłoby Abu-graib, nie byłoby procesów księży, psychologów dziecięcych molestujących dzieci, nie byłoby mężczyzn okradających wykorzystujących naiwne kobiety, itg
Twierdzisz, że przesadza Solondz, a w innym miejscu piszesz że sporo tu dobrego humoru, więc chyba nie jest tak źle. Tak jak w życiu. Mimo tej prawdy, która w oczy widzów kole.
_________________ "Ludzie biorą mnie za intelektualistę. Chyba dlatego, że noszę okulary" /Woody Allen/
http://babkafilmowa.blogspot.com/
Wiek: 30 Dołączył: 28 Cze 2010 Posty: 3149 Skąd: z Polski
Wysłany: 2010-08-23, 18:21
Masz wiele racji Doniu. Ja w każdym razie po krótkim przemyśleniu sprawy muszę się w wielu punktach zgodzić i, a co tam, bez większych oporów przyjmę tego Todda Solondza na klatę (bo jak wiemy przecież, to artysta cokolwiek kontrowersyjny, pod adresem którego kieruje się różnorakie oskarżenia, a sieć tym bardziej temu sprzyja).
_________________ I believe in nothing and I will cut off your Johnson.
Próżnia spada w przepaść
To dopiero mój drugi film Solondza, ale facet jest na swój wyjątkowy sposób genialnym twórcą, to trzeba mu przyznać. Ta wyjątkowość jak dla mnie polega na tym, że nie padniemy od razu na kolana po obejrzeniu filmu, tylko z czasem analizując zaobserwowane sytuacje dochodzimy do wniosku jak pieczołowicie to wszystko zostało poukładane i w jak trafny sposób Solondz mówi o tym, o czym chce powiedzieć. Czuć w tym filmie taki element autorskiego kina Altmana. Solondz przedstawia historię swoich bohaterów w niesamowicie oryginalny i specyficzny sposób, pokazuje to chce pokazać i nie używa do swojego przekazu żadnych półśrodków. Każda scena i każdy dialog przybliża nas do poznania bohatera, włącznie z jego ułomnościami, a może przede wszystkim. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nam się to wydaje wyolbrzymione i groteskowe, a tak naprawdę Solondz serwuje jak najbardziej rzeczywiste sytuacje i wydarzenia. Trudno w to może uwierzyć, ale ludzie często tylko pozornie wpisują się w pozytywny i niby normalny obraz społeczeństwa, szczególnie jeśli dotyczyło by to nam znanych dobrze osób. Niektóre wątki są tak przerysowane, że same w sobie stają się zabawne, choć dotyczą praktycznie każdego z nas, więc dobrze przy tej okazji nabrać dystansu do siebie i różnych innych spraw. Natomiast motyw ojca-pedofila z czasem przybiera coraz większego dramatyzmu i co tam nawet morderstwo w jego obliczu. Zakończenie z kolei już rozładowuje to wcześniejsze napięcie i wszystko wraca do normy z humorem na czele. Świetna i przemyślana konstrukcja całej fabuły.
_________________ Bez bólu nie ma satysfakcji.
Wszystkie te chwile przepadną w czasie niczym łzy w deszczu... Pora umierać.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach